12.05. - Nowy rozdział już jest! Miłego czytania! :>

 

Aeis żyje! ;)


Drodzy Czytelnicy. Jak zapewne zauważyliście, "Aeis" doczekała się dziesiątego rozdziału! Możecie tylko przypuszczać, jak bardzo jestem uradowana, że mimo wyjątkowo burzliwego okresu, przez jaki obecnie przechodzę (już od mniej więcej roku, sic!), udaje mi się kontynuować ten projekt. Tak, jak już nie raz się ozgrażałam: obiecałam dobrnąć z opowiadaniem do końca i tak też uczynię.

Dziękuję wszystkim odwiedzającym mojego bloga za cierpliwość i z góry przepraszam, jeśli ten nowy rozdział rozczaruje Was brakiem konkretnej akcji. ;) Musiałam przygotować tło fabularne pod kolejne, bardzo ważne wydarzenia i zapewniam, że się nie zawiedziecie. Co prawda nie wiem niestety, kiedy wyprodukuję kolejne części i, pouczona poprzednimi doświadczeniami, niczego nie zamierzam już w tej kwestii obiecywać. Ciąg dalszy nastąpi na pewno, tego tylko możecie być pewni. Sama nie mogę się go już doczekać.

Jak zwykle chętnie odpowiem na wszelkie pytania oraz postaram się nadrobić zaległości w komentarzach. :) W międzyczasie, jeżeli jesteście zainteresowani moją pracą rysownika i ilustratora książek, zachęcam do przeczytania wywiadu, który zrobiła ze mną

ROZDZIAŁ X




Płócienna sukienka nieprzyjemnie obcierała skórę przy każdym ruchu. Materiał był wyjątkowo sztywny i gdyby nie skórzany rzemyk do owinięcia w pasie, trudno byłoby go ułożyć tak, aby kreacja nie przypominała worka na ziemniaki. Suknia miała jednak dwie kluczowe zalety: była ciepła i czysta. Nie pachniała co prawda świeżością płynu do płukania, jednak woń czegoś w rodzaju krochmalu była i tak o niebo lepsza niż biedny, wymięty i przepocony t-shirt.
Julia starała się oszczędzać wszystkie posiadane przez siebie przedmioty natury higienicznej tak bardzo, jak było to możliwe. Dezodorantu używała maksymalnie raz dziennie, opakowania chusteczek nawet jeszcze nie ruszyła, a makijaż postanowiła robić sobie jedynie przed publicznymi wystąpieniami – nie rezygnując jedynie z codziennego pudrowania twarzy, ponieważ, przyznała to z zażenowaniem, bez przynajmniej najcieńszej warstwy zakrywającej skórne niedogodności czuła się jak maszkara. Nie łudziła się, że wszystkiego wystarczy jej na dwa miesiące, jednak miała nadzieję, że po drodze ktoś wspomoże ją w kobiecych drobiazgach. Sukienka i koszula nocna były dobrym początkiem, chociaż niewątpliwie zawodem okazała się pierwsza napotkana w Ardmorze nastolatka, która raczej stroniła od kosmetyków – a na pewno od takich, do których współczesny świat przyzwyczaił Julię. O odżywce do włosów mogła tylko pomarzyć.
Niemniej jednak radziła sobie całkiem nieźle. Na noc przepierała delikatnie bieliznę, opłukiwała dokładnie wszystkie fragmenty swojego ciała, a przy każdej sposobności płukała usta bądź żuła lukrecję, w którą zaopatrywał ją Daniel. Zawsze po takich czynnościach czuła dziwną satysfakcję i wracające wspomnienia z pierwszych samodzielnych wyjazdów na kolonie jako dziecko. Zresztą w tyle głowy cały czas Julii towarzyszyło wrażenie przebywania na jakimś zorganizowanym wyjeździe wypoczynkowym, co uświadomiła sobie, kiedy po raz kolejny zasiadła na niewygodnym siodle i wraz z resztą wycieczki, którą stanowiła kapłańska świta, powolnym tempem opuściła gospodę rodziny Lor'yn.


Oczywiście parę godzin wcześniej miały miejsce serdeczne pożegnania przy sutym i tłustym śniadaniu, które niewątpliwie miało zapewnić podróżnym niezbędną do wędrówki siłę. Julia chłonęła jednak tę energię skądinąd, i chłonęła ją łapczywie, jakby w obawie, że drugie takie źródełko wesołości może się już na jej drodze nie pojawić. Jedząc najzwyklejszą pod słońcem jajecznicę i zagryzając ją chlebem, tonęła we wszechobecnym cieple i wesołości, i chociaż kilku kapłanów wyglądało raczej nietęgo po przebytej poprzedniej nocy libacji, humory dopisywały wszystkim. Nastolatka wypatrywała co jakiś czas krzątającej się wokół Ilmy, tym razem jednak z powodzeniem łapiąc jej spojrzenia i odwzajemniony, choć nieśmiały uśmiech. Nie była rada opuszczać nowo poznanej koleżanki, lecz sam fakt nawiązania czegoś w rodzaju przyjaźni napawał ją radosną satysfakcją.
Nawet Daniel był od rana jakiś taki weselszy niż zazwyczaj, nawet obdarowując nastolatkę pogodnym „dzień dobry” na przywitanie, kiedy opuściwszy poddasze spotkała go na korytarzu. Momentalnie wywołało to na jej twarzy uśmiech, co zauważyła dopiero po kilku krokach, aby następnie bez żadnego sensownego powodu skarcić się w myślach.
To wszystko w połączeniu z porannym epizodem z Ilmą sprawiło, iż wspomnienie o niedawno przebytego koszmaru zacierało się niczym dawne urojenie. I Julia byłaby już gotowa ze świeżym umysłem stawić czoło nadchodzącym dniom, gdyby nie człowiek, którego sama obecność przyprawiała ją o drżenie. Sergiusz.
Spojrzenie ciemnych oczu mężczyzny śledziło ją od momentu, kiedy zawitała do głównego pomieszczenia na śniadanie. No cóż, tak naprawdę jej ruchy uważnie obserwowała wtedy każda inna znajdująca się tam osoba, jednak dziewczyna była przekonana, iż wzrok Sergiusza przeszywał ją niczym sztylet jeszcze długo po tym, jak wszyscy zajęli się swoimi talerzami. Nie chciała się jednak upewniać i podczas posiłku usilnie uciekała oczami wszędzie, byleby dalej od niego. Mimo to czuła na sobie spojrzenie, które było najlepszym dowodem na to, że mężczyzna dostrzegł ją, jak wyglądała przez tę cholerną szybę nad ranem, a teraz na pewno testował jej reakcję, czekając na kolejne potknięcia. Jaką informację przekazywał temu jeźdźcowi? I dlaczego robił to w takiej tajemnicy?


– Będziecie przechodzić przez Dardony? Naprawdę? – Kiedy część duchownych obładowywała manatkami gotowe do dalszej podróży muły, a pozostali to wymieniali pożegnalne słowa z rodziną gospodarzy, to dojadali resztki ze śniadania, wyraźnie nie mając ochoty ruszać się z miejsca, wśród tego całego zgiełku uszy Julii dobiegło nieśmiałe pytanie pani Lor'yn. Nastolatka siedziała jeszcze przy stole w towarzystwie ciemnoskórego arcykapłana Toiela, czekając wygodnie na sygnał do wyjścia. Gospodyni wraz z Ilmą rozmawiały w progu z Filipem, arcykapłanem Elmudem oraz jeszcze jednym duchownym, którego imienia dziewczyna nie mogła sobie przypomnieć.
– Och, to koniecznie je odwiedź! – westchnęła kobieta, niemal szlochając. – Tylko proszę, pamiętaj!
– Oj, mamuś, jakże mógłbym tego nie zrobić! – odparł syn gospodyni z udawanym roztargnieniem, bowiem w jego głosie wyraźnie zabrzmiała nietypowa dlań melancholia. Julia zaczęła uważnie nasłuchiwać. – Z dwa lata u nich nie byłem... A poza mną przecież nikt na te groby nie pojedzie. Wam za daleko, a stryjek... kto go tam wie, jego chyba zupełnie z Ardmoru wygnało. – Młody kapłan spojrzał z uczuciem na zatroskane twarze matki i siostry. – Nie martwcie się, złożę im najpiękniejsze kwiaty, jakie Aeis raczy mi zesłać po drodze.
Na te słowa młoda bogini drgnęła zmieszana, ale i Filip już pod koniec zdania na moment zastygł jak zaklęty, najpewniej uświadamiając sobie, że w końcu nikt inny jak właśnie Aeis towarzyszy mu w tej podróży i kwiatów raczej zbierać nie będzie. Młodzieniec mimochodem zerknął na Julię, jednak ta błyskawicznie skupiła wzrok na skrzyniach w kącie, podczas gdy Elmud z trudem ukrył rozbawienie. Tego chwilowego zażenowania nie dostrzegły jednak ich rozmówczynie, toteż po chwili Ilma objęła brata mocno za szyję i z czułością szepnęła mu kilka słów prosto do ucha.
– Dusze twej matki oraz córki będą rade otrzymać błogosławieństwo od samej bogini – rzekł stary arcykapłan do wzruszonej gospodyni, a Julia w mig dostała obraz sytuacji jasny na tyle, na ile dało się z tej sceny wywnioskować. Kiedy kilka minut później Daniel wkroczył do pomieszczenia, przywołała go bezgłośnie, lekceważąc wyraźny protest na jego twarzy.
– Nie możemy porozmawiać później? – spytał już lekko poirytowany, widząc, jak nastolatka przybliża się do niego z miną konspiratorki.
– Czy Ilma może jechać z nami?
W pierwszym momencie zdawało się, że chłopak nie zrozumiał, lecz Julia prędko załapała, że swoim pytaniem autentycznie go zamurowała.
– Chcesz, aby do boskiej eskorty dołączyła wiejska nastolatka? – spytał z intonacją wyraźnie podkreślającą absurd wypowiedzi. Dziewczyna była jednak śmiertelnie poważna.
– No... tak – odparła z przekonaniem. – Przecież mogę ją o to zapytać i poprosić, prawda? Chcę się upewnić, czy coś stoi na przeszkodzie...
Daniel zamknął oczy i westchnął. No tak, to byłoby zbyt łatwe, pomyślała.
Czy ty sobie w ogóle zdajesz sprawę z potencjalnych następstw takiej decyzji? Zresztą, jako bogini ty nie pytasz o takie rzeczy ani nikogo nie prosisz, ty postanawiasz, jeśli już. Nie zapominaj.
– No wiem, wiem, to mam właśnie na myśli. Ilma ma siostrę i babcię pochowane gdzieś na naszej trasie, wiesz o tym? – Daniel milczał. – Widziałam, jak to przeżywała, kiedy rozmawiała o nich z Filipem.
I co w związku z tym? – Chłopak uniósł brwi. Julia uparcie drążyła dalej:
Na pewno byłaby szczęśliwa, mogąc je odwiedzić. W dodatku towarzysząc samej bogini. Rozumiesz, jakie to dla niej wyróżnienie? Ona tu siedzi pewnie całe swoje życie, skazana na zajmowanie się gospodarstwem i tak dalej, a tak to by miała okazję wyrwać się choć na trochę, zobaczyć kawałek świata...
Julia odniosła wrażenie, że z jej ust wydobywają się jakieś cudze słowa, które zazwyczaj zdarzało się jej słyszeć jedynie w swoim kierunku. Nie wiedziała nawet, kiedy tak właściwie zadecydowała o zabraniu Ilmy. Była pod wrażeniem swojej nagłej spontaniczności i pewności siebie. Czy doświadczała jakichś kolejnych efektów niezwykłej tabletki sprzed dwóch dni, czy świadomie obserwowała swoją wewnętrzną przemianę, czy też faktycznie budziła się w niej bogini Aeis – dziewczyna nie chciała teraz w to wnikać. Po prostu czuła, jakby tego dnia wstała z łóżka jako nowa, lepsza osoba.
– Daniel – kontynuowała stanowczym głosem – życzę sobie, aby Ilma do nas dołączyła.


Bure niebo okrywało majaczące w oddali górskie łańcuchy, a śnieżne, pozbawione cienia płaszczyzny świeciły bielą nietkniętą przez żadną ludzką stopę. W twarze oraz uszy wędrowców szczypały lodowate drobinki zamarzniętej mżawki, która wypełniała całe powietrze. Było wilgotno i piekielnie ślisko, przez co boska pielgrzymka posuwała się znacznie wolniej niż poprzedniego dnia, a mule kołysanie teraz bezwzględnie kojarzyło się Julii z nudnym rejsem po jeziorze.
Humor jej jednak wciąż dopisywał, czemu dała wyraz, wesoło nucąc pod nosem „Świt Aeis”, którego melodia nie odstępowała jej na krok od samego poranka. Dałaby głowę, że albo już ją kiedyś słyszała w innej aranżacji, albo po prostu ardmorska pieśń jest w przedziwny sposób łudząco doń podobna. Wymrukiwała zatem cichutko swoją własną wersję, bez słów i głównie z refrenem, gibiąc się w rytm mulich kroków i starając się nie myśleć o coraz bardziej doskwierających obtarciach od siodła.
Chociaż Ilma o mało nie zemdlała na prośbę wystosowaną do niej przez boginię, to gospodyni, oczywiście zaraz po tym, jak otrząsnęła się z szoku i przetrawiła usłyszaną nowinę, nie posiadała się z radości. Znów mało brakowało, aby uściskała nastolatkę w podzięce za przygarnięcie „jej drugiego dziecka pod swoją boską opiekę”. „Taka chluba! Takie wyróżnienie! Moja córa!” – zdawała się powtarzać niczym nakręcona katarynka do samego momentu pożegnania. Sama zainteresowana natomiast wyglądała bardziej na przerażoną aniżeli uradowaną, jednak Julia była przekonana, że jak tylko ponownie zdarzy im się pobyć sam na sam i choć chwilę porozmawiać, Ilma raz dwa się ożywi i prędko ją polubi – nie jako boginię, a jako zwykłą koleżankę, z którą ta cała podróż i dwa miesiące pielgrzymowania staną się niewyobrażalnie przyjemniejsze i weselsze. Tak sobie to młoda bogini właśnie zaplanowała.
Panna Lor'yn miała zjawić się w Bredonie Mniejszym w ciągu kilku dni. Jako że z oczywistych względów nie mogła opuścić domu od razu i należało zorganizować dla niej specjalny transport wraz z opieką, korowód duchownych musiał najpierw dotrzeć do świątyni, aby tam poinformować o planach bogini. Julia nie przypuszczała, że jej decyzja wprowadzi tyle zamieszania, toteż w tym jednym momencie omawiania szczegółów poczuła się trochę głupio i za wszelką cenę unikała karcących spojrzeń Daniela.


– Co tam nucisz? – Niemal wywołany myślami chłopak zaczepił ją niespodziewanie, przerywając trwające od samego wyjazdu milczenie. Dotychczas towarzyszący Julii kapłan Alwin przeszedł do innej grupy braci i nastolatka znowu została sama z Danielem, czego tym razem nawet nie zauważyła. Spojrzała podejrzliwie na swojego rozmówcę.
– A co, nie poznajesz? – spytała z wyraźnie udawaną wyższością, co w jej odczuciu było zabawne, jednak chłopak jak zwykle miał inne zdanie.
– Skąd znasz tę pieśń? – kontynuował, nie kryjąc ciekawości. Dziewczyna z entuzjazmem opowiedziała o porannym incydencie z Ilmą, co oczywiście nie wywołało na młodym arcykapłanie żadnego wrażenia, więc dodała tajemniczo:
– Czy ty też nie masz wrażenia, że w naszym świecie istnieje piosenka o prawie tej samej melodii?
– Nie wiem. Może – uciął prędko, pozostawiając Julię w konsternacji. Znowu dziwnie się zachowywał, a chodziło przecież o jedną głupią piosenkę. – Wiesz w ogóle, do czego nawiązuje „Świt Aeis”?
Nastolatka zamyśliła się. Czy to było pytanie podchwytliwe?
– No... Tam było coś o rozgromieniu kłamstw, burzowych chmur i tak dalej... Och – zrobiła wielkie oczy – chodzi o zstąpienie inkarnacji Aeis tysiąc pięćset lat temu, prawda?
– Prawda – odpowiedział beznamiętnie Daniel. – Teraz pora, abyś poznała znaczenie kilku innych pieśni. Póki jesteśmy sami, jest okazja do uzupełnienia kolejnych luk w twojej wiedzy.
Julia milczała. No tak, spodziewała się, że nastąpi ciąg dalszy jej per'imskiej edukacji, ale miała przynajmniej nadzieję na jeden dzień oddechu. W dodatku poirytowało ją to całe „póki jesteśmy sami” w ustach Daniela, wypowiedziane sucho oraz w tak mało przyjemnym kontekście. Biorąc pod uwagę, jak rzadko bywała sam na sam z chłopakiem, ostatnie, o czym chciała rozmawiać, to Ardmor, Per'im, Aeis i wszystko wokół. Minęły trzy dni od jej niefortunnej podróży i już tęskniła za błahostkami codziennego życia. Już nawet pogoda wydawała się ciekawszym tematem. Ale nie, Daniel w ciągu zaledwie kilku sekund musiał popsuć jej znakomity humor swoją nieprzemijającą powagą i poczuciem obowiązku.
– Bredońska świątynia ma trochę inny charakter od naszej, itieńskiej. Sama zresztą zobaczysz. Dlatego na pewno usłyszysz sporo pieśni, przemów, a i nie zdziwiłbym się, jakby odegrali na scenie fragmenty zniebozstąpienia Aeis...
– Naprawdę? W sensie sztuka teatralna? – Julii zaświeciły się oczy. Kochała teatr.
– Może niepotrzebnie robię ci nadzieję, ale jest to możliwe. W każdym razie...
Przez kolejne godziny marszu, sporadycznie przerywane postojami, chłopak pokrótce opowiadał o poszczególnych pieśniach, tłumaczyć ich znaczenie oraz nawiązania do wydarzeń historycznych oraz mitologicznych. „Plagi kłamstw”, „Smoliste kręgi”, „Hipokryci” oraz kilka innych, podobnie tendencyjnie zatytułowanych utworów – wszystkie traktowały mniej więcej o tym, jacy ludzie są, byli, bądź będą nieszczęśliwi i zgubieni bez obecności Aeis w ich życiu. Tyle przynajmniej zapamiętała Juia. Niestety, mimo cichej nadziei, Daniel nie zdecydował się zaśpiewać dla przykładu żadnej z pieśni.
Jednakowoż same historie, wokół których toczyła się tematyka utworów, okazały się całkiem ciekawe.
Oto Aeis zamieniła się niegdyś w kruka. Kiedy w zapomnieniu podziwiała ludzkie osady, przeszyła ją nagle myśliwska strzała należąca do ubogiego mężczyzny oraz jego syna. Zapragnęli oni tego dnia upolować świętego ptaka jako symbol szczęścia i nadziei dla swojej rodziny. Gdy chłopiec ujrzał ku swemu zaskoczeniu jeszcze żywe, acz ledwie zipiące bezbronne stworzenie, serce mu zmiękło i poprosił ojca o zlitowanie się nad ptakiem. Wiedziony miłością mężczyzna zgodził się, zupełnie nieświadomy, iż w tym małym ciałku tkwi najpotężniejsza z mocy. Zaintrygowana Aeis nie uciekła i pozwoliła się sobą opiekować. Wkrótce kruk wyzdrowiał i odleciał, lecz w ramach podzięki bogini pobłogosławiła całą rodzinę i faktycznie przyniosła szczęście na przyszłe lata. W ostatnią noc przed odlotem przemówiła do chłopca, który ocalił jej życie, zdradzając mu sekret rozpoznawania nieprawdy i fałszywych ludzi. Podobno trzydzieści lat później ten sam chłopiec zasiadł na tronie jako Kalidar Wielki, słynący ze sprawiedliwych, miłosiernych oraz długich rządów.
W innej opowieści chmary czarnego ptactwa zesłane przez boginię wydziobywały wszelkie zapasy żywności obłudnego urzędnika, który zdradził własną rodzinę, aż ten umarł z głodu w cierpieniach, do samego końca trzymając się swej nikczemnej natury; w jeszcze innej pewna piękna, lecz chciwa dziewczyna, zmamiona fałszywymi obietnicami bogactwa i sławy, złamała serce narzeczonemu i oddała się w ramiona Ageona, czyli ramiona samej śmierci, co zarówno rozwścieczyło, jak i zraniło Aeis do granic możliwości.
Mimo skrajnie różnych oraz niezbyt skomplikowanych treści każda historia była w stanie zainteresować i zachęcić do słuchania. Julia prędko zauważyła, że to przede wszystkim zasługa opowiadającego. Jego Aeis była ukazana jak żywa, prawdziwa istota pełna skrajnych emocji, własnych problemów i rozterek, a nie jak ponura, bezduszna bogini. Zupełnie, jakby sam ją znał, pomyślała dziewczyna. Nie potrafiła wyjść z podziwu nad jego umiejętnością mówienia z pamięci i bez żadnego przygotowania. Chwilami pragnęła po prostu zanurzyć się w jego głosie i płynąć z nim bezmyślnie, aż ten cały zewnętrzny koszmar dobiegnie końca.
– Mógłbyś opowiadać bajki... – rzekła z rozmarzeniem, kiedy skończył i powoli wracała na ziemię po usłyszanych opowieściach. – Jesteś w tym świetny. – Ku jej zaskoczeniu Daniel wyraźnie się speszył, co było tak wielkim szokiem, że poczuła wręcz zażenowanie swoim komplementem.
– Dzięki. Wiesz, lata praktyki... – odparł niepewnie, chyba samemu nie do końca wiedząc, co ma na myśli. – Opowiadanie o Aeis to dla mnie jak mówienie o swojej największej pasji. Mógłbym nigdy nie przestawać.
– Czyli można powiedzieć, że Aeis jest twoją pasją? – zaśmiała się.
– Absolutnie.
– Ale wiesz, że to trochę dziwnie brzmi?
– I co z tego? Ja tam cieszę się, że moje życie ma cel oraz sens.
Julia prędko zauważyła, że to był bodaj pierwszy raz, kiedy Daniel powiedział coś szczerze o sobie. Spojrzała na chłopaka ukradkiem i dostrzegła zmianę w całym wyrazie jego twarzy. Mimo mrozu policzki były pokryte rumieńcami, a oczy patrzące w nieokreśloną dal błyszczały. Gdzieś za tą twardą kamienną maską zimnego cynika kryły się emocje prawdziwego człowieka. Przedziwne emocje.
– Daniel, ale czy ty... czy ty naprawdę wierzysz w tę Aeis?
Młodzieniec momentalnie spoważniał.
– Co to w ogóle za pytanie?
– No tak, źle to zabrzmiało. – Przez chwilę się zamyśliła, po czym ostrożnie kontynuowała: – Ale widzisz... W końcu wcześniej żyłeś w innym świecie i nawet nie wiedziałeś o jej istnieniu. Prawda?
Daniel przyglądał się jej uważnie, lecz nie odpowiadał. Blask w jego oczach znikł.
– No i coś musiało się wydarzyć, że zacząłeś w nią wierzyć – ciągnęła, próbując wybrnąć z niezgrabnej sytuacji. – Trudno przecież tak bez większych powodów nagle zmienić swoją wiarę, co nie? W dodatku na tyle mocno, aby zostać kapłanem. I arcykapłanem. Nie żebym podważała jej istnienie, broń Boże... – dodała już zupełnie bezmyślnie, podenerwowana swoją nieumiejętnością ugryzienia się zawczasu w język.
– Rozumiem twoje rozterki – odparł Daniel po kilku momentach namysłu tonem tak spokojnym, że Julia odetchnęła z ulgą. – Dla ciebie pewnie samo istnienie równoległego świata do teraz wydaje się abstrakcyjne. Nie powinnaś jednak patrzeć na wszystko ze swojej perspektywy. Ja mam bardzo konkretne powody, dla których wierzę w wielką boginię Aeis. Nie tyle nawet wierzę – jestem absolutnie przekonany o jej istnieniu.
Te ostatnie słowa wypowiedział tak stanowczo, że nie sposób byłoby podważyć ich prawdziwości. Daniel znowu przybrał ten swój śmiertelnie poważny wyraz twarzy, lecz Julia zdążyła się już do niego przyzwyczaić.
– A jakie to są powody? Co się stało?
– Ta wiedza jest ci zupełnie niepotrzebna do wykonywania swojego zadania.
– No ale... Ojej, ciągle zbywasz moje pytania takimi argumentami. Dlaczego nie możemy normalnie porozmawiać na tematy inne niż to moje udawanie Aeis?
– A czemu akurat ja muszę być tym tematem? – spytał poirytowany.
Julia, nie wiedząc zupełnie, jak odpowiedzieć, przez kilka sekund wpatrywała się w młodzieńca z na wpół otwartymi ustami. Właściwie nie widziała niczego niestosownego w swoich pytaniach. To chyba normalne, że w zaistniałej sytuacji chciałaby lepiej poznać swojego jedynego normalnego kompana. Opcje były zatem dwie: albo faktycznie nie miała wyczucia w rozmowie, albo Daniel ukrywał coś bardzo istotnego, czego nie chciał zdradzić.
– Nie wiem – odparła w końcu. – Jesteś po prostu tak bardzo tajemniczy, że mam ciągle wrażenie, jakbym nic o tobie nie wiedziała. I tyle.
Chłopak westchnął.
– Może powiem ci więcej, kiedy ten cały teatrzyk dobiegnie końca. Na razie skupmy się na teraźniejszości.
Dziewczyna kiwnęła pokornie głową i resztę trasy do kolejnego postoju spędzili w ciszy.


Zmierzchało, kiedy zatrzymali się po raz ostatni. Śnieżne pola wokół malowały krajobraz na granatowo, a temperatura znowu spadała poniżej zera. Wszyscy byli wyraźnie zmęczeni dwudniowym marszem, co najbardziej dało się zauważyć po starszych członkach kapłańskiej świty. Poza Elmudem. Stary arcykapłan okazał się bardziej rześki niż niejeden młodzian, to przodując eskorcie tuż obok Sergiusza, to przemieszczając się do tyłu i zabawiając rozmowami poszczególne grupki podróżnych. Julia obserwowała go z nieukrywanym podziwem, gdyż sama ledwo już patrzyła na oczy znużona monotonnym kołysaniem, w dodatku nie wykonawszy samodzielnie nawet jednego kroku na przebytej drodze.
Zatrzymali się obok niewielkiego lasku, przy dużym znaku wykonanym z czterech drewnianych pali – trzech ułożonych w stożek i jednym krótszym prostopadle do nich skrzyżowanym na szczycie. Od momentu, kiedy wkroczyli na główny szlak prowadzący do Bredonu Mniejszego, konstrukcje te pojawiały się stosunkowo często, zapewne co odliczoną odległość.
Po rozprostowaniu bolących kości i zjedzeniu niewielkiej kromki chleba ze smalcem, Julia zorientowała się, że nikt nie zwraca na nią uwagi. Mogła to łatwo zauważyć, gdyż od samego rana albo ktoś nieustannie ją obserwował, albo niezręcznie zagadywał, albo milcząco czuwał z pewnej odległości, o nieustępującym na krok Danielu nawet nie wspominając. Tym razem jednak zmęczenie wzięło nad kapłanami górę i wszyscy zajmowali się swoimi sprawami, kręcąc w pobliżu i pozostawiając majestatyczną boginię samą sobie w towarzystwie już mniej majestatycznego muła.
Korzystając z chwili oddechu Julia zagłębiła się w przydrożny las, aby choć trochę podelektować się samotnością. Leśny krajobraz był biało-czarny. W większości bezlistne drzewa i krzaki mieszały się gdzieniegdzie z iglastą, delikatnie zieloną roślinnością, lecz wszystkie pokryte były grubymi warstwami śniegu. Wydawało się, że leżał tam tak od wieków, jakby nigdy nie tknięty promieniami słońca, aż nastolatka zaczęła się zastanawiać, czy w tych rejonach kiedykolwiek następują roztopy. Gwizdy mroźnego powietrza przerywały ciszę wraz z trzaskiem łamanych pod stopami Julii gałązek.
Był to naprawdę mały las, bowiem ledwie kilkadziesiąt metrów dalej, na wzniesieniu, znajdował się prześwit ciemnoszarego nieba. Dotarłszy tam, nastolatka cofnęła się w zdumieniu; pod jej stopami rozpościerała się na dobrych dziesięć pięter prawie pionowa lita skała, gdzieniegdzie tylko przyprószona śniegiem. Julia stała nad przepaścią. Odruchowo i kurczowo złapała się pobliskiego drzewa, odganiając zawroty głowy i mierząc wzrokiem krajobraz lasów oraz skał przeplatanych śnieżnymi płaszczyznami w oddali. Miejsca zupełnie nieskażone cywilizacją, aż po sam horyzont, gdzie ciemniejące niebo łagodnym gradientem przechodziło w niemal zupełną czerń. Wiatr się wzmagał, wróżąc zapewne rychłą zmianę pogody i rozwiewając pojedyncze kosmyki włosów Julii, które wysunęły się z luźnego kucyka.
Od dwóch dni kierowali się w dół. Nieustannie schodzili, pozostawiając za sobą całe pasma górskich wzniesień, toteż była przekonana, iż już dawno zeszli na równiny. Najwyraźniej płaski krajobraz nie oznaczał zejścia na poziom morza, a zatem góry mogły ciągnąć się jeszcze kilometrami. Jak wysoko się znajdowali? Wolała na razie nie myśleć o tym, jak bardzo długa i wyczerpująca okaże się droga powrotna. Oby tylko zdążyli przed zamknięciem portalu.
Wtem, przy granicy z horyzontem, wzniosły się ku niebu potężne czarne kłęby, które po chwili zaczęły rozpadać się na drobinki pochłaniane przez ciemne niebo, jedna za drugą. Ptaki. Wielkie chmary skrzydlatych stworzeń jak na jeden sygnał zerwały się w powietrze, niczym w panicznej ucieczce.
Julia zesztywniała, kiedy moment później z odległych pustkowi dobiegł ją przytłumiony echem ryk. Zniekształcony, przeraźliwy, najbardziej przypominający odgłos gwałtownego hamowania tramwaju, lecz na tyle odległy, że nie sposób było go skonkretyzować. Zwierzę? Mechanizm? Nie wiedziała. Mogła jedynie przysiąc, że dźwięku tego nie wydobyły żadne ludzkie płuca. Z szeroko otwartymi oczami przeskakiwała wzrokiem od drzewa do drzewa, wypatrując źródła hałasu, lecz o tej porze ledwie mogła rozróżnić lasy od skał.
– Droga pani, czy wszystko w porządku?
Aż podskoczyła, słysząc głęboki tembr tego napawającego ją trwogą głosu. Momentalnie odwróciła głowę, jeszcze mocniej obejmując ręką chropowaty pień drzewa. Robiąc to automatycznie, zupełnie bezmyślnie obnażyła przed Sergiuszem swoje zaskoczenie i strach pozostały jeszcze po doświadczeniu dudniącego ryku. Czy mężczyzna również go usłyszał? Co on w ogóle tutaj robił i jak długo ją obserwował?
Julia spróbowała prędko uspokoić się i przybrać władczą postawę bogini, skutkiem czego wykrzywiła twarz w jeszcze bardziej żenującym grymasie.
– Czy wszystko dobrze? – Sergiusz powtórzył spokojnym tonem. Choć brzmiał i wyglądał na faktycznie zatroskanego, ciemne oczy uważnie analizowały każdy ruch dziewczyny. Był najwyraźniej zaintrygowany. Ubrany w ciężki, podbity futrem czarny płaszcz oraz obwieszony sakwami i wszelkiego rodzaju ekwipunkiem sprawiał wrażenie wyższego i jeszcze bardziej dominującego niż zazwyczaj. Dziewczyna nie pojmowała, jakim cudem nie usłyszała jego kroków.
– Absolutnie. Dlaczego za mną poszedłeś? – zabrzmiała bardziej cierpko i piskliwie niż zamierzała. Naprawdę nie potrafiła zachować przy nim spokoju.
– Zmartwiłem się, pani, kiedy samotnie od nas odłączyłaś i poczułem się w obowiązku sprawdzić, czy nic ci się nie dzieje.
Ten wymuszony ugrzeczniony ton działał jej na nerwy. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, iż Sergiusz nie umie wypowiedzieć zdania bez tonu kipiącego od ironii.
– Potrafię sama o siebie zadbać.
– Och, czyżby? – Brwi młodego kapłana podniosły się w udawanym zdziwieniu, a ciemne oczy zaiskrzyły przez ułamek sekundy, przypominając nastolatce o nie tak dawnym otarciu się o śmierć pod gruzami posągu Aeis. I w tej właśnie chwili zrozumiała: on wie. I nawet nie tyle olśniła ją konkluzja, że Sergiusz przejrzał boską maskaradę – on już doskonale widział, że dziewczyna jest świadoma jego odkrycia. Wiedział, że ona wie, iż on wie. Jak w kiepskiej tragikomedii, pomyślała ze zgrozą.
Uśmiechnął się w bezsłownym porozumieniu, a Julię przeszły ciarki. To był dziwny uśmiech: z jednej strony przebiegły i pełen samozadowolenia, z drugiej jednak przyjazny i spoufalający, jakby młody kapłan chciał właśnie wkroczyć na zupełnie inne tory relacji i zagrać w otwarte karty. Serce zabiło jej mocniej.
Strach wygrał jednak z ciekawością.
Nie czekając na kolejny ruch mężczyzny oraz samej nie mając zamiaru odpowiadać, w częściowej panice i na sztywnych nogach skierowała się z powrotem do wyjścia z lasu. U stóp pagórka zrazu dostrzegła Daniela, który najwyraźniej postanowił jej szukać, zapewne z zaniepokojeniem dodatkowo wzmożonym nieobecnością Sergiusza. Julia spojrzała nań porozumiewawczo, po czym również minęła bez słowa, przyspieszając kroku, im bliżej była swojego wiernego muła.
– Och, pani, czy naprzykrzyłem się tobie w jakiś sposób, skoro traktujesz mnie tak ozięble? – Donośne i wyraźnie zaakcentowane pytanie padło niespodziewanie tuż zza jej pleców, kiedy nerwowo sięgała po bukłak z miodem.
Dziewczyna zrobiła wielkie oczy ze zdumienia, kiedy odwróciwszy się, ujrzała przed sobą pogrążonego w głębokim ukłonie Sergiusza i poczuła na sobie wzrok wszystkich pobliskich kapłanów, którzy, chcąc nie chcąc, usłyszeli pytanie. Nie miała już pojęcia, czy mężczyzna coś właśnie knuje, czy próbuje ją zawstydzić przed własną świtą, czy może faktycznie istniał ten jeden procent szansy, iż cała intryga jest tylko i wyłącznie wymysłem samej Julii.
Nie zamierzała dać mu satysfakcji, jednak atmosfera oczekiwania w połączeniu z narastającym stresem nie pozwalały szybko myśleć.
– Nie, po prostu jestem zmęczona. Nie bierz tego do siebie. – Nie zabrzmiało to źle, jednak ton był stanowczo zbyt miękki. Nie jej rolą było przecież usprawiedliwianie się przed własnymi kapłanami. Dodała zatem odważniej: – I nie zadawaj dziwnych pytań swojej bogini, jeśli rzeczywiście nie chcesz się jej naprzykrzać.
Ależ była zadowolona ze swojej riposty! Z trudnością opanowała wyraz zadowolenia. Oczywiście nikt nie odważył się skomentować choćby słowem zaistniałej konwersacji, a Sergiusz z kamienną miną przeprosił i na tym skończyła się cała scena. Jakby tego było mało, Daniela wygnało na przód eskapady i ostatni odcinek podróży Julia spędziła w towarzystwie arcykapłana Toiela. Ciemnoskóry, wysoki mężczyzna wydawał się bardzo miły i nawet próbował zagadnąć ją raz czy drugi, jednak nastolatka miała głowę była zbyt pełną chaotycznych myśli, aby mogła podtrzymać rozmowę, mimo szczerej na to ochoty.


Nerwowo zaczęła się zastanawiać, czy istnieje choćby cień szansy na pozbycie się Sergiusza. W teorii mogłaby skorzystać z przywilejów bogini i rozkazać mu powrót do świątyni Itienu. Jednak wtedy wszyscy chcieliby poznać powód takiej decyzji, nie wspominając o samym zainteresowanym, który niewątpliwie wplątałby Julię w jeszcze większe kłopoty swoimi wypowiedziami, a może i wręcz zdemaskował na oczach całej świty. A wtedy...
Wolała nawet nie myśleć o konsekwencjach wykrycia jej oszustwa. Mogłaby się zapewne pożegnać z perspektywą powrotu do domu, o ile w ogóle nie z życiem. Nie wierzyła co prawda, że ci wszyscy mili kapłani mogliby tak po prostu wysłać ją za karę na tamten świat, ale z drugiej strony Daniel nie straszyłby tym bez powodu – zwłaszcza że z reguły szczędził dziewczynie jakichkolwiek informacji, które z jego punktu widzenia były zbędne. Gdzieś w tyle głowy widniała jednak obawa, że z każdym kolejnym krokiem w głąb Ardmoru zagrożenie oraz potencjalne następstwa wykrycia tylko się powiększają i być może właśnie teraz mija ostatni moment na w miarę pomyślne wybrnięcie z kłopotów.
Jak ma perfekcyjnie odgrywać rolę bogini, kiedy tak bardzo się boi?
Uświadomiła sobie wtem, że tak naprawdę jest zupełnie sama ze swoim problemem, stawiając własne życie na szali podejmowanych decyzji. Tu nie istnieje poczucie bezpieczeństwa; nie ma zaplecza, nie ma rodziców, planów awaryjnych, jakiegoś sądu dla nieletnich, nie ma żadnego cholernego systemu, który by jej pomógł, gdyby przyszło najgorsze. Błądziła po omacku po świecie, którego reguł kompletnie nie znała. Popełni choć jeden błąd i koniec. Gdyby nie Daniel, już dawno spełniłby się najgorszy scenariusz. Lecz także gdyby nie Daniel, jej stopa nigdy nie dotknęłaby śniegów Ardmoru.
On sobie poradzi, pomyślała. Nawet bez niej. Szczególnie bez niej.
Och, nie obejdzie się bez kolejnych dawek tych przeklętych tabletek, które potrafiły stłumić strach i wątpliwości. Oby chłopak miał jeszcze trochę pigułek w zanadrzu.
Nagle przed oczami Julii przemknął Sergiusz, który najwyraźniej udał się do tylnej grupy podróżnych. Zrobiło się już zupełnie ciemno i tylko niemrawe światła nielicznych kapłańskich pochodni lekko rozświetlały drogę, toteż dziewczyna nie była pewna, kogo faktycznie zobaczyła. Zrozumiała jednak, że młody kapłan nie musiał już nawet być w pobliżu, aby wprowadzić ją w konsternację. Czuła, że jest niebezpieczny, a najbardziej przerażał ją brak świadomości jego dalszych planów. Dlaczego tak właściwie jej jeszcze nie zabił? Ostatecznie popisała się wręcz widowiskową głupotą, stojąc w zupełnej nieświadomości nad przepaścią, ni trochę nie bacząc na mężczyznę, który zdołał bezszelestnie zbliżyć się do niej na minimalną odległość. Wystarczyłoby jedno mocne pchnięcie. Być może nawet nie zdążyłaby krzyknąć, a być może jej wrzask stłumiłyby perfekcyjnie odegrane, pełne przerażenia wołania samego Sergiusza, który niespodziewanie odkryłby martwe ciało bogini u stóp urwiska. Problem z głowy. Dla niego, dla Daniela... i dla niej samej.
Zacisnęła pięści.
Przede wszystkim jednak już poprzedniego dnia Sergiusz pozwoliłby posągowi Aeis zmiażdżyć jej marną naśladowczynię.
Choć wyjątkowo nierealne wydawało się poważne analizowanie scenariuszy własnej śmierci, to mimo wciąż beznadziejnej sytuacji, w jakiej znajdowała się nastolatka, jeden wniosek okazał się otuchą dla jej nadwyrężonej psychiki: Sergiusz ewidentnie nie chciał jej zabić.


Powieki Julii mimowolnie opadały i kilka razy łapała się na krótkich utratach świadomości. Brakowi energii towarzyszyło narastające zimno, coraz intensywniej dające się we znaki. Niczego innego nie pragnęła teraz tak bardzo, jak ciepłego i miękkiego łóżka, na którym mogłaby się porządnie wyspać.
Po jakichś dwóch godzinach od ostatniego postoju kilka ożywionych głosów wyrwało dziewczynę z otępienia. Przed sobą widziała tylko sylwetki członków konwoju i kilka migoczących płomieni pochodni, lecz za nimi rozpościerała się zupełna ciemność. Popatrzyła pytająco na arcykapłana Toiela, który z uśmiechem kiwnął głową:
– Pani, jesteśmy na miejscu.
Julia skupiła wzrok na czarnej przestrzeni przed sobą. Po kilkunastu krokach dostrzegła na horyzoncie delikatną, jasną łunę, która z każdym kolejnym metrem zdawała się powiększać i wyrastać zza widnokręgu. Setki malutkich światełek zabłysły nagle w oddali, kiedy droga zakręciła i zaczęła drastycznie prowadzić w dół. Oczom świętej pielgrzymki ukazało się leżące w dolinie miasteczko, zewsząd otoczone rozsianym po górzystych wzniesieniach gigantycznym kompleksem świątynnym. Budynki, domki, szałasy, niemal wszystkie rozświetlone, pełne ludzi, żywe. Bredon Mniejszy.
Młoda bogini nie ukrywała zachwytu. Iskrząca się niczym usiane gwiazdami niebo ziemia była w tej chwili tak pięknym i przyjemnym widokiem, że w niepamięć poszły niedawne czarne myśli, a Julii przyświecał teraz tylko jeden cel: być już na miejscu, samej, w swoim własnym, ciasnym, spokojnym pokoiku. Jeszcze tylko kilka chwil.
Podążyli stromym zboczem poprzez boczny szlak prowadzący bezpośrednio do świątynnych budowli. Miasteczko majaczyło na dnie doliny, a w Julii narastała ciekawość, jacyż to ludzie mieszkają w tak bajecznym miejscu. Jak wygląda ich codzienne życie, co teraz porabiają, czy wiedzą w ogóle, że w ich progi wkracza właśnie sama bogini Aeis?
Zatrzymali się przed kamienną bramą z kolumnami przyozdobionymi na szczytach rzeźbami kruków. Zaczynał padać śnieg i pierwsze płatki osiadały na nieruchomych ptasich główkach, podejrzliwie zerkających na przybyszów. Po kilku minutach brama otworzyła się, skrzypiąc donośnie, i ukazała grupę kilkunastu ludzi w cudacznie przyozdobionych szatach, lecz szczegółów tych drugich nie można było dostrzec w panujących ciemnościach. Arcykapłan Elmud podszedł do tego swoistego orszaku powitalnego, po czym towarzystwo wymieniło ukłony oraz kilka słów.
Kapłańska świta oczekiwała w milczeniu. Julia zaś niecierpliwiła się. No tak, jeszcze powitanie. Jeszcze kilka zdań wymuszonej kurtuazji.
Kiedy Elmud kiwnął głową, otaczający boginię kapłani wycofali się, pozostawiając ją na przedzie. Grupa bredońskich duchownych powoli podeszła pod oblicze Aeis, nie zwracając uwagi na coraz intensywniejsze opady śniegu. Teraz mogła dostrzec ich szaty, niemalże całe pokryte smoliście czarnymi piórami. Te, ułożone w przeróżne pęki oraz wzory, spięte złotymi klamrami i ozdobnymi kamieniami, wyglądały zarówno upiornie, jak i imponująco. Pierwszy z kapłanów, najpewniej główny arcykapłan, lekko starszawy i potężnie zbudowany mężczyzna o orlim nosie, przywdział dodatkowo wysoką, pełną złotych ornamentów czapkę gęsto upierzoną u nasady. Julia otrząsnęła się z dreszczu.
– Królowo życia, strażniczko prawdy, wielka pani Aeis! Pokornie witamy cię w naszym ośrodku nieustającego wielbienia oraz oddawania tobie czci. Racz ugościć się w miejscu, które jest zarówno naszym, jak i twoim domem.
Pogrążeni w głębokim ukłonie duchowni znieruchomieli. Nastolatka, mimo doskwierającego zmęczenia, wykrzesała resztki energii, aby przypomnieć sobie słowa, jakimi Daniel kazał się jej przywitać w bredońskiej świątyni. Wygłosiła je lekko ochrypłym głosem, a kapłani odpowiedzieli równie automatyczną formułką, wyraźnie przejęci i wzruszeni. Julia była jednak obojętna, a wszystko zdawało się trwać wieki. Jeszcze tylko kilka chwil, jeszcze tylko kilka chwil.
– Droga pani – odezwał się Elmud entuzjastycznym tonem – skieruj się proszę ze mną oraz arcykapłanem Pag'rottem do miejsca swojego odpoczynku...
Nareszcie.

– ...gdzie zostaniesz obsłużona i przygotowana do wieczornej ceremonii powitalnej. Wszyscy już czekają, aby cię powitać, najświętsza. To będzie wspaniała noc!

~*~

Powrót + zmiany!


Moi Drodzy! Jak widać, srodze przeliczyłam się z tym "wolnym czasem" obiecywanym w poprzedniej notce. Ostatni rok dał mi popalić niemalże pod każdym względem i udowodnił, że planowanie czegokolwiek na dłuższą metę mija się z celem. :)

Niemniej jednak zaciskam zęby i kontynuuję to, co zaczęłam. Zatem bez zbędnych ceregieli: pozmieniałam trochę poprzednie rozdziały i przygotowuję się do pisania kolejnego! W kwestii fabuły wszystko zostaje po staremu, dodałam jednak tu i ówdzie nowe akapity, poprawiłam niuanse, rozszerzyłam niektóre wątki czy zmieniłam słowa/reakcje bohaterów. Jeżeli kiedykolwiek się zastanawialiście czy warto czytać opowiadanie od nowa, to teraz jest na to najlepszy moment. :)

Oczywiście, pouczona minionymi miesiącami, nie mogę dać gwarancji co do terminu ukazania się kolejnego rozdziału, jednak - jak widzicie - jestem uparta i krok po kroku realizuję ten projekt. Postaram się za to w międzyczasie odpowiedzieć na zaległe komentarze. ^^

Do kolejnego wpisu! ;)

ROZDZIAŁ IX



Mocne zapachy słomy, mleka oraz dymu z paleniska wypełniały ciasną izbę na poddaszu. Wymieszane razem z wszechobecną duchotą tworzyły charakterystyczną, dobrze znaną Julii woń wiejskiej chaty. Razem z nią wracały wspomnienia z dawnych lat beztroskich wyjazdów wakacyjnych na wieś do babci. Ganianie za kurami, wyprawy do lasu, szukanie skarbów w strumyku czy spacery po polu przy zachodzącym słońcu, wśród kłosów wyższych niż kilkuletnia Julka – te obrazy przemykały jej teraz przed oczami, jeden po drugim, kiedy leżąc pod prawdziwą pierzastą kołdrą na miękkim wełnianym materacu, upojona gorzkim winem i aromatem dzieciństwa, próbowała zasnąć po wyczerpującej podróży.


Do gospody dotarli wraz z zapadającym zmierzchem, gdy słońce już dawno schowało się za spiczastymi wierzchołkami gór. Na widok domostwa wyłaniającego się spośród błękitnego śniegu Julia odetchnęła z ulgą. Po kilkunastu godzinach niemal nieustannego siedzenia w dość niekomfortowej pozycji, a w dodatku kołysania się na boki od mulego chodu niczym na rozbujanej łodzi, z radością przywitała perspektywę położenia się na płaskiej, miękkiej powierzchni, czy byłaby ona łóżkiem czy jedynie stosem szmat ułożonych na podłodze.
Stary zajazd był stałym przystankiem w wyprawach pielgrzymów kultu Aeis oraz kupców, którzy sporadycznie zaglądali w te najdalsze i, wydawałoby się, zapomniane przez cywilizację rejony Ardmoru. Gospodarstwem zarządzało małżeństwo: tęga, postawna i wiecznie roześmiana kobieta o różowej twarzy i rubasznym spojrzeniu oraz chudy jak patyk, siwy mężczyzna z wąsem gęstszym i dłuższym niż jego broda. Wokół tej cudacznej pary, niczym w pszczelim ulu, biegało liczne potomstwo w postaci pięciu rosłych synów, którzy sprawnie i energicznie wykonywali polecenia rodziców w kwestii ugoszczenia najbardziej niezwykłego gościa, jaki dotychczas zawitał w ich skromne progi – samej bogini.
Najmłodszy z chłopców nie miał więcej niż czternaście lat, a swoją posturą już zdążył przegonić wątło wyglądającego przy nim Daniela. Julia wpatrywała się w młodzieńców jak oniemiała, kiedy podawali jej posiłek, przygotowywali izbę, znosili świeżą pościel czy przesuwali meble w głównym pomieszczeniu, taszczyli na dół wielkie ławy oraz stół po kolacji, a następnie przygotowywali pokój pod sypialnię dla przeszło tuzina duchownych. Wzdrygnęła się na myśl o nocy spędzonej w tłumie chrapiących osobników, lecz na szczęście dla niej przyszykowano oddzielną izbę. Było jej co prawda żal pozostałych, jednak pocieszała się myślą, iż podróżujący regularnie kapłani muszą być przyzwyczajeni nawet do bardziej spartańskich warunków.
Goście byli gorąco wyczekiwani, o czym najlepiej świadczyły upajające głodne podniebienia zapachy, docierające do podróżnych już z daleka. Gospodyni swoją gestykulacją i tonem nie kryła ekscytacji z przybycia do ich domostwa samej inkarnacji bogini, i gdyby nie wzrokowe nagany męża, zapewne byłaby mocno uściskała wątłą nastolatkę. Mężczyzna był znacznie bardziej przejęty sytuacją i za jego przykładem cała rodzina uklękła, pokornie spuściwszy głowy, jak tylko Julia przekroczyła główny próg.
Takiego powitania młoda bogini nie zdołała przewidzieć. Dopiero w momencie, w którym ujrzała siedem płaszczących się przed nią osób, uświadomiła sobie rangę swojej pozycji – oraz kłamstwa. Zwykli, prości ludzie kłaniali się właśnie przed nią, równie przeciętną nastolatką, która jeszcze dwa dni wcześniej ginęła w licznym tłumie kolorowych osobowości. Dopóki otaczała ją kapłańska świta, to całe pełnienie funkcji bogini wyglądało jak jeden wielki spektakl, niczym surrealistyczne marzenie; teraz zaś zaczynała pojmować wpływ swojej roli na otaczającą rzeczywistość. Jest boginią dla ludzi. Jest nadzieją dla biednych. Jest postrachem dla grzesznych. Jest jednym wielkim chodzącym kłamstwem.
Nieprzyjemne ciepło ogarnęło jej ciało, kiedy mijały kolejne sekundy ciszy, a gospodarze domu nie wstawali. Daniel oraz reszta kapłaństwa stali na zewnątrz, toteż musiała poradzić sobie sama. Wyrzuty sumienia torpedowały jej głowę. Najbardziej miała teraz ochotę uciec daleko i schować się przed wszystkimi.
– B-błogosławię to domostwo słowem prawdy i pokoju! – wydusiła jednym ciągiem z niespodziewanym trudem, wymachując niezgrabnie berłem, jakby faktycznie błogosławiła to miejsce jakimś niewidzialnym pyłem. Miała nadzieję, że tego właśnie oczekiwano. – Witajcie!
– Witaj w naszych skromnych progach, o, najświętsza Aeis! – odparł przejęty mężczyzna, po czym reszta rodziny dodała entuzjastycznie chórkiem: – Witaj!
Ucieszyła się, sprawiając radość gospodarzom, lecz w tyle głowy rozgrywała się walka rozsądku z moralnością. No bo czyż sam fakt uszczęśliwienia kogoś nie liczy się bardziej od drogi, którą to szczęście osiągnięto? Co z tego, iż opiera się ona na kłamstwie, skoro efekt jest czynem szlachetnym? Siedemnastoletni umysł Julii gotował się od rozterek i braku możliwości spokojnego przeanalizowania problemu. Westchnęła, mając doskonale świadomość, że to dopiero wierzchołek góry lodowej.
Atmosfera rozluźniła się w momencie wejścia pozostałych kapłanów. Podczas gdy onieśmieloną Julię obsługiwali rośli młodzieńcy, którzy nie śmieli spojrzeć bogini w oczy, uściskom i gorącym powitaniom duchownych nie było końca. W radosnym gwarze przeplatały się szczere pozdrowienia, pytania o codzienność, o rodzinę czy przyjaciół. W pewnym momencie do uszu nastolatki dotarł także szloch, i jakież wielkie było jej zdziwienie, kiedy ujrzała wzruszoną kobiecinę, z całej siły ściskającą i łapczywie całującą Filipa Lor'ryn.
– Ty gałganie jeden! – krzyczała gospodyni przez łzy, nie przestając tulić młodego kapłana. – Mieszkać tak blisko, a własną matkę odwiedzać dopiero, jak bogini schodzi na ziemię!
– Myszko droga, nie przesadzajmy, był przeto zeszłego roku... – Pan domu próbował uspokoić małżonkę, sam jednak nie krył wzruszenia, zobaczywszy syna po długiej przerwie. Krępy, przewyższający rodziców co najmniej o głowę Filip poczerwieniał od zażenowania, niezgrabnie się tłumacząc i tylko co chwila zerkając, czy aby bogini nie widzi tego komicznego zajścia. Julia grzecznie udawała brak zainteresowania, choć z trudem powstrzymywała śmiech. To miejsce wręcz kipiało pozytywną energią, tak bardzo jej potrzebną po dwóch dniach ciągłego strachu i niepewności.


Młodą boginię posadzono oczywiście w centralnej części zarówno pomieszczenia, jak i ustawionych w kształt podkowy stołów. Bliskość paleniska zapewniała ciepło, lecz także pełnię blasku na jej zmęczonej twarzy i bladych licach. Biedne, pragnące umycia włosy, spływały nieciekawie po ramionach, a oczy błagały o sen – nikt jednak nie zdawał się zwracać uwagi na wątpliwą majestatyczność juliowej aparycji.
W czasie wybornej, choć znowu drobiowej kolacji, obowiązkowo rozpoczętej toastem czerwonego wina z kruczą krwią, traktowano ją niemal po królewsku: to podając kolejne dania, to podstawiając misę z wodą do opłukania rąk, to skrupulatnie wypełniając kielich. Mimo dużego skrępowania rada była, iż tym razem przypadła jej rola głównie obserwatorki i słuchaczki wieczoru. Nie musiała nawet zdawać relacji ze swojego „zniebozstąpienia”; kapłani prędko ją wyręczyli, wchodząc sobie entuzjastycznie w słowa oraz pięknie koloryzując całe zdarzenie. Gdyby nie była główną bohaterką historii, mogłaby przysiąc, iż faktycznie bogini Aeis zstąpiła na ziemie w pełni chwały.
W pewnym momencie do stołu przysiadło się ciche, zawstydzone dziewczę, o dwóch grubych, złotych warkoczach oraz piegowatej buzi. Tajemnicza istotka była mniej więcej w wieku Julii, chociaż wzrostem i sylwetką, niewątpliwie odziedziczonymi po rodzicach, mogła sprawiać wrażenie starszej. Ubrana była w spraną, zielonkawą sukienkę z długimi rękawami oraz czarny fartuch, które tylko dodawały jej skromności. Dotychczas albo przebywała z matką w kuchni, albo musiała przemieszczać się wśród gości niezauważalnie niczym kot. Młoda bogini ucieszyła się, widząc nareszcie drugą nastolatkę, lecz dzieliła je zbyt duża odległość, aby podjąć jakąkolwiek rozmowę bez zwracania na siebie uwagi – co bezwzględnie wywołałoby jeszcze większą krępację, i to u obu panien.
Do końca kolacji dziewczyna nie wypowiedziała ani słowa, co jakiś czas albo znikając za drzwiami kuchni i przynosząc nowe dania, albo doglądając zwierząt w oborze, to znów pomagając bratu w szukaniu lutni (której późniejsze brzdąkanie miało teoretycznie umilać bogini spożywanie posiłku), bądź siadając u wylotu stołu na ledwie kilka kęsów skromnych porcji, aby za moment raz jeszcze być wezwaną do pomocy. Julia wielokrotnie próbowała przywołać ją spojrzeniem i uśmiechnąć się do przyjaźnie wyglądającej twarzy rówieśniczki, jednak piegowata dziewczyna nie śmiała nawet podnieść wzroku. Biła z niej jakaś niezrozumiała melancholia i napięcie. Czyżby Ilma, jak na nią wołano, tak bardzo przeżywała odwiedziny bogini?
Mimo to ciepła, wręcz rodzinna atmosfera przy kolacji stanowiła spore zaskoczenie. Duchowni żartowali w najlepsze i byli zupełnie pozbawieni tego całego kościelnego patosu, który towarzyszył im w świątyni. Nawet Sergiusz, ten sceptyczny i wrogi światu cynik, zabawiał opowieściami brodatego gospodarza, jakby obaj stanowili parę dobrych znajomych, którzy wybrali się w piątkowy wieczór na piwo.
Czy ci ludzie faktycznie byliby w stanie pozbawić życia bezbronną nastolatkę, gdyby dowiedzieli się o jej kłamstwie?
– Daniel... – Julia szepnęła do chłopaka, wykorzystując chwilę jego uwagi oraz upewniając się, że stopień wesołości towarzystwa najwyraźniej osiągnął poziom, w którym radość z obecności bogini stała się ważniejsza od niej samej. Już od pewnego czasu wpatrywała się zafascynowana w ścianę na drugim końcu pomieszczenia. Tam bowiem, pomiędzy zwierzęcymi skórami, pod gęsto zwisającymi ziołami i tuż obok niewielkiej reprodukcji obrazka ze świętą Aeis, wisiało wielkie myśliwskie trofeum w postaci szarej od starości monstrualnej czaszki z dwoma długimi kłami w kształcie łuków. Szeroki, niepodzielony oczodół potwora martwo patrzył w pustkę, napełniając dziewczynę trwogą, lecz jednocześnie hipnotyzując.
– Daniel... Czy to jest... ee... – Wskazała niezgrabnie palcem.
– Tak, to jest czaszka mamuta – odparł beznamiętnie. Wyczuwszy jednak niedowierzanie i podekscytowanie Julii, dodał: – Też chciałbym zobaczyć żywego. Niestety – albo i stety – od lat nie widziano ich w Ardmorze.
– Wyginęły?
– Nie wiem, możliwe. Nikt tu nie prowadzi badań naukowych ani wykopalisk. – Wzruszył ramionami. Rzucił jej obojętne spojrzenie, po czym zwrócił się do siedzącego obok łysego kapłana z siwym wąsem i czerwonym od dobrego humoru nosem: – Bracie Alwinie, bądź łaskaw pochwalić się naszej pani oraz naszym drogim przyjaciołom swymi łowieckimi przygodami z ostatnich miesięcy. Najmilsza Aeis niewątpliwie chętnie wysłucha historii o tym, jak kruk zaprowadził cię na skraj lasu...


Nastolatka grzecznie uśmiechała się, kiedy brat Alwin zaczął snuć aż nadto długą opowieść tonem znudzonego gawędziarza, lecz nie mogła się w pełni skupić. Niepokoiło ją dziwne zachowanie Daniela, objawiające się od czasu, kiedy posłaniec na czarnym koniu przekazał wiadomość o znalezieniu inkarnacji Ageona.
Cała kapłańska ekspedycja łącznie z mułami stała jak porażona przez kilka długich sekund po usłyszeniu nowiny. Podziękowano wysłannikowi i odprawiono go dalej, do samej świątyni, pozostawiając w zupełnej nieświadomości obecności bogini w spotkanej właśnie grupie. Kiedy mężczyzna zniknął za horyzontem, spojrzenia duchownych zawisły na dziewczynie, oczekując reakcji. Julia, zszokowana jeszcze bardziej od towarzystwa, zdołała wykrzesać tajemnicze: „Zobaczymy, co z tego będzie”, samej nie wiedząc, co dokładnie ma na myśli, po czym wydukała najbardziej władczym tonem, na jaki mogła się zdobyć: „Ruszajmy dalej” i niecierpliwie oczekiwała kolejnej chwili samotności z Danielem.
Niepokój oraz niewiedza trwały aż do postoju przy skleconym z desek i obficie ośnieżonym znaku, pokazującym właściwy dla podróżnych kierunek: Bredon Mniejszy, niewielką wioskę, w okolicach której mieściła się kolejna świątynia kultu Aeis. Do tego czasu Daniel pozostawił Julię w towarzystwie wielkouchego kapłana, samemu znikając na przedzie kordonu. Wrócił do niej z nietęgą miną, podając jej owinięty w szmaty prowiant oraz skórzany bukłak z czymś, co mimo spodziewanej letniej, orzeźwiającej wody, okazało się miodem pitnym. Julia niemal nie zakrztusiła się po łapczywych haustach słodkiego alkoholu.
– Mogłeś mnie uprzedzić! – jęknęła z wyrzutem do chłopaka, który z nieobecnym spojrzeniem otrzepywał śnieg z ubrania. Momentalnie spoważniała. – Daniel, z tym Ageonem to tak na serio? Co się teraz stanie?
Oparła się plecami o pobliskie drzewo i bezwiednie spoglądała, jak pojono spragnione muły. Miło było nareszcie rozprostować nogi.
– Spokojnie – wymamrotał, nadal nie patrząc bezpośrednio na swoją rozmówczynię. Intensywnie myślał. – Na razie nie musisz się niczym przejmować. Kultyści Ageona już nie raz wyskakiwali ze swoimi pseudo-inkarnacjami bogów...
– To dlaczego tamten posłaniec był taki przejęty? Dlaczego kapłani tak się spięli? – przerwała mu stanowczo. Irytował ją udawany spokój Daniela, gdyż jedynie podsycał jej zdenerwowanie. – Nie powiesz przecież, że nic się nie dzieje. Od bodajże godziny wszyscy chodzą jak na szpilkach, a ja nie mam o niczym pojęcia. Jestem boginią, muszę wiedzieć, o co chodzi!
– Wcale nie musisz – odparł ostro chłopak, rzucając dziewczynie gniewne spojrzenie. – I przestań panikować. Nie jesteś boginią, nie masz pojęcia o tym świecie i, niech Aeis święta da, obyś przez najbliższe dwa miesiące nie musiała wiedzieć więcej. – Wziął kilka łyków ze swojego bukłaka. Widać było, jak wewnątrz się gotuje.
Julia również w środku cała buzowała i nie była to jedynie sprawka rozgrzewającego trunku. Jeszcze parę godzin wcześniej nosiła przekonanie, że ma jasny obraz sytuacji co do planów na najbliższe tygodnie, teraz zaś wszystko wymykało się spod kontroli. Najwyraźniej Daniel miał ten sam problem.
– Słuchaj – młodzieniec westchnął, przykładając dłoń do skroni. – Nie zdajesz sobie sprawy, że w ciągu paru dni już cały Ardmor, po najdalsze zachodnie granice, będzie wiedział o twoim powrocie? To nie jest przypadek, że akurat teraz sekta Muriena ogłosiła swoje „znalezisko”. Chcą odwrócić od ciebie uwagę i udowodnić prawdziwość własnych przepowiedni czy innych bzdur.
– Sekta Muriena?
– Największa aktywnie działająca grupa wyznawców Ageona. No i widzisz, stąd całe... poruszenie. – Śnieg skrzypiał pod powolnymi krokami chłopaka. Daniel podszedł do drzewa, o które opierała się Julia i zaczął bezwiednie bawić się wystającą gałęzią. – Oni dotychczas siedzieli cicho. Mieli te swoje rytualne spotkania, regularne msze i tak dalej, ale nie wychodzili przed szereg, podczas gdy masa mniejszych sekt co jakiś czas próbowała zaistnieć, obwieszczając nowe proroctwa, dogmaty czy właśnie własnych bogów.
– Czyli to całe udawanie inkarnacji... to normalka?
– No nie do końca. Nie chcesz wiedzieć, jak kończyli tamci oszuści. – Tu spojrzał na nią, lecz tym razem bez ironicznego uśmiechu. – Poza tym zdarzało się to relatywnie rzadko. Dobrych dwadzieścia lat nikt się nie odważył oficjalnie ogłosić przybycia boga. Po prostu z mojej perspektywy upływu czasu wygląda to nieco inaczej.
– Dlatego kapłani tak się poruszyli? Bo ci od Muriena nagle zabrali głos? – Daniel kiwnął głową na potwierdzenie. – A... dlaczego ta sekta jest taka ważna? Czym się różni od innych?
Młody arcykapłan zdawał się coraz bardziej poirytowany. Julia znowu wpadała w ten swój wir niekończących się pytań, który tak bardzo go drażnił. Dlaczego jednak nie chciał jej o wszystkim informować, tego nie mogła pojąć.
– Mają wśród członków ludzi z elit społecznych. Urzędników, kupców, magistrów. Ot, cały powód – rzekł z wyraźnym znudzeniem w głosie. – Dobra, to...
– A czy wśród kultów Aeis też są...
– Kurna, Julia, daj już spokój. Te sprawy cię nie dotyczą, odbywają się poza tobą i lepiej, abyś nie zaprzątała sobie nimi głowy. Ty masz się skupić na poznaniu obrzędów, tradycji i mitologii. Nie chcemy kolejnego Sergiusza, który złapie cię za słówka. Rozumiesz? – Chłopak nie podniósł głosu, lecz mówił szybko i sucho, jak rodzic, który karci dziecko, nie chcąc ściągać na siebie uwagi otoczenia. Julia była bardzo zła, ale wolała nie jątrzyć sprawy. Kłótnia i popsucie relacji z Danielem były ostatnimi rzeczami, na jakie miała ochotę. Zmarszczyła brwi.
– I tak, i nie, ale niech ci będzie – skwitowała naburmuszona.
Kolejne godziny minęły w zupełnej ciszy. Kordon świętej wyprawy podążał już po płaskiej drodze, po jednej stronie mając iglasty las, po drugiej zaś ośnieżone gołe pagórki, ciągnące się w dal aż do łańcuchów górskich. Gdzieniegdzie z daleka prześwitywały czernią pozostałości po dawnych, samotnych domostwach, w większości zrujnowanych do postaci zaledwie kilku spróchniałych desek, które niegdyś stanowiły ściany czy podłogi.
Julia z premedytacją milczała, co jakiś czas wymownie spoglądając na idącego obok niej Daniela. Oczywiście jej teatralny „foch” został kompletnie niezauważony, zresztą pewnie i tak nie miałaby z czym się odzywać. Kolejne pytania rozdrażniłyby jeszcze bardziej i tak już wzburzonego młodzieńca. Otrzymane odeń odpowiedzi oczywiście jej nie satysfakcjonowały. Młody arcykapłan krążył wokół tematu, zręcznie omijając kwestie, których nie chciał poruszać, a i Julia nie potrafiła zadać lepszych pytań. Była przekonana, że zatajono przed nią istotne informacje, a skoro już tak się stało – musi istnieć jakieś zagrożenie: dla planu wskrzeszenia kultu Aeis, bądź samej Julii.
Ta druga opcja napawała ją strachem, jeszcze większym niż domniemane wykrycie przez Sergiusza. Jakie jeszcze niebezpieczeństwa mogły czyhać za murem religijnej enklawy? Dziewczyna faktycznie nie znała realiów ani tym bardziej mrocznych zakamarków tego uniwersum. Już zdążyła przywyknąć do perspektywy odbycia czegoś w rodzaju trasy koncertowej dookoła świata, bezpiecznie i z całą obstawą, z drobną tylko różnicą, że dla boskiej piosenkarki Aeis światem byłby tutaj Ardmor, scenami poszczególne świątynie, a ekipą towarzyszącą – w większości starsi, nawiedzeni panowie. Ale ta myśl, jeszcze poprzedniego dnia paraliżująca, nie powodowała już u niej strachu; przynajmniej nie w obliczu obawy przed nieznanymi czynnikami z zewnątrz, takimi jak na przykład, nie daj Boże, rozdzieleniem z Danielem.
Na samo wyobrażenie owej sytuacji ogarnęła ją fala chłodu. Prawdopodobnie to był właśnie powód, dla którego młody arcykapłan wolał zachować część swojej wiedzy w sekrecie: aby za wszelką cenę uniknąć niepotrzebnej paniki u Julii, co samo w sobie poważnie zagroziłoby pewności siebie dziewczyny i całej misternej inscenizacji. Co z tego jednak, skoro idąc tym tokiem myślenia, ona i tak już zaczynała panikować? „Nie nakręcaj się, tylko się nie nakręcaj” – powtarzała sobie w duchu niczym mantrę, aby nie popaść w kolejną paranoję.
I dlaczego, do jasnej cholery, nie potrafiła normalnie porozmawiać z Danielem? Już przecież odpokutowała przed nim swoją głupotę, ceremonia powitania Aeis udała się perfekcyjnie i teraz to Julia spełniała życzenie młodzieńca, idąc z nim do stolicy i zamieniając się niemal w polityczny rekwizyt. Dlaczego wszelkie aspiracje do bycia asertywną wyparowywały w momencie wypowiedzenia kilku pierwszych słów w konwersacji z chłopakiem? W końcu mogłaby się nie zgodzić. Jako bogini mogłaby sama wyznaczyć cele pielgrzymki, mogłaby w ogóle pominąć świątynie i udać się do samych wiosek, mogłaby kazać zamknąć się w pokoju na te dwa przeklęte miesiące, mogłaby...
Julii aż dech zaparło od nagłego uświadomienia sobie możliwości. Ale wiedziała, że to jedynie złudne pragnienia, w końcu była tylko sobą, a nie prawdziwą boginią. Na pewno strzeliłaby niejedną gafę, straciła zimną krew i zdradziła się w najbardziej kluczowym momencie. Wkopałaby i siebie, i Daniela. Te wszystkie „mogłaby” bombardowały jej głowę, odbijając się głośnymi echami nigdy niepodjętych decyzji. Dlatego traciła grunt pod stopami podczas rozmowy z młodzieńcem. Strach przed konsekwencjami przyjęcia antagonistycznej postawy kazał jej zgadzać się ze wszystkim, co mówił młody arcykapłan.


Westchnęła, przewracając się na bok. Mimo niewyobrażalnego zmęczenia i boskiej miękkości łóżka, nie potrafiła odgonić drażniących myśli i usnąć. W dodatku po całodniowym siedzeniu na siodle nabawiła się nieprzyjemnych obtarć, które oczywiście teraz dawały o sobie piekąco znać.
Izba na poddaszu była niewielka i miała niski, spadzisty sufit, jednak stanowiła małą oazę samotności, za którą Julia bardzo się stęskniła. Na co dzień sypialnia małżeństwa gospodarzy, teraz przemieniła się w pokoik naprędce przygotowany pod ugoszczenie bogini. Zapas wody, czysty ręcznik, misy oraz inne środki do czynności higienicznych, nawet drewniana, grubo ciosana figura kruka ustawiona na jedynym w izbie stoliczku – prawie jak w hotelu! Bardzo skromnym hotelu, pomyślała Julia ironicznie, siląc się na żarty w celu poprawienia sobie humoru.
Na krzesełku naszykowano także lnianą koszulę nocną oraz workowate, grube coś, w czym rozpoznała sukienkę wyłącznie dzięki rękawom. Obie „kreacje” były mdłego szarobiałego koloru, a ubrań tej barwy w normalnych okolicznościach nastolatka nigdy by na siebie nie włożyła. Niemniej jednak stroje na zmianę, w dodatku pasujące do otaczających średniowiecznych klimatów, oraz – przede wszystkim – długie i nieprześwitujące, bardzo uradowały dziewczynę i dały nadzieję, iż może pobyt w Ardmorze będzie przynajmniej trochę prostszy.
Z dołu dobiegały jeszcze odgłosy krzątaniny, stukanie garami czy rozmowy najweselszych itieńskich duchownych, dla których, nawet mimo dnia pełnego podróży, noc była jeszcze zbyt młoda na sen. Czasem jakaś koza beknęła z obory, na co odpowiadały muły bądź biegający wokół gospodarstwa włochaty pies. Julia kręciła się pod pierzastą narzutą, wciąż nie mogąc zmrużyć oka. Nie pamiętała, kiedy ostatnio tyle zupełnie różnych myśli naraz dręczyło jej senny umysł. Obawy przed wykryciem, niesmak po konfrontacji z Danielem, strach przed zupełnie nowym zagrożeniem, no i te przeklęte, kłujące duszę wyrzuty sumienia.
Gdy kolacja w gospodzie dobiegała końca, rozgrzana winem oraz dobrym posiłkiem półprzytomna Julia została zaprowadzona przez Ilmę na poddasze. Przed opuszczeniem izby spojrzała raz jeszcze tęsknym wzrokiem na Daniela, lecz ten skutecznie to zignorował, zwracając się w tym momencie do jednego z synów gospodarzy. Sprawiał wrażenie, jakby próbował przez to powiedzieć: „Radź sobie sama”, co spowodowało u nastolatki powrót ostentacyjnego „focha”, oczywiście wiadomego jedynie dla niej samej.
– Tędy, najdroższa pani... – rzekła Ilma ledwie słyszalnym, wtapiającym się w dźwięki otoczenia głosem. Przeszły przez niewielki przedpokój do ciemnej komory chaty, wypełnionej przedmiotami gospodarczymi. Na ziemi leżało pełno starego, przydeptanego siana. Julia już była przekonana, że to właśnie będzie jej pokoik, i sama dziwiła się spokojowi, z jakim to przyjęła, kiedy Ilma zaczęła wchodzić po opartej o ścianę drabinie. Otwarła klapę w suficie i smuga pomarańczowego światła spłynęła na twarz młodej bogini. – Tutaj... – oświadczyła przytłumionym głosem, wyraźnie starając się zachować spokój.
Na górze paliły się świece i panował zaduch, toteż córka gospodarzy uchyliła prędko małe zaśniedziałe okienko i powiew ostrego, zimnego powietrza wypełnił izbę świeżością. Płomienie zaczęły tańczyć od podmuchów i cień Julii budował na ścianie groteskowe sylwetki. Ilma, dotychczas uciekająca przed wzrokiem nastolatki, spojrzała na nią po raz pierwszy w pełni i przeraziła się – zarówno własną śmiałością, jak i grą świateł, niewątpliwie dodającą bogini sztucznego majestatu. Odsunęła się odruchowo, potrącając ręką figurkę ptaka, która ze stukotem wylądowała na krześle, cudem omijając po drodze świecznik.
– Prz-przepraszam! – jęknęła dziewczyna, osiągając najwyższy poziom speszenia, jaki Julia mogła sobie tylko wyobrazić. Stała teraz zszokowana przed klęczącą przed nią złotowłosą rówieśniczką, desperacko próbując znaleźć odpowiednią reakcję na to przedstawienie. Zafascynowani kapłani to jedno, ale zatrwożona jej obecnością nastolatka to już sytuacja rodem z kiepskich seriali komediowych. – Najświętsza, raczy mi pani wybaczyć gapiostwo, jestem taka zdenerwowana!
– Umm, nic nie szkodzi – wybąkała Julia, poziomem swojej niezręczności powoli dorównując rozmówczyni. – Dziękuję za pokazanie mi, ee, pokoju.
Czerwona jak burak Ilma przeprosiła jeszcze kilka dobrych razy i zeszła do kuchni, aby przynieść wrzątek. Julia była zaskoczona własnym brakiem kontroli w sytuacji, w której na przykład Angelika – tak, znowu się do niej porównywała! – już dawno wsparłaby na duchu biedne dziewczątko i wzmogła w niej wiarę w siebie. Ona najwyraźniej całe życie wykonuje same polecenia, pomyślała z żalem i usiadła na łóżku.
Ilma wróciła po kilkunastu minutach z dzbanem gorącej wody. Nic nie mówiąc, podeszła do kąta pomieszczenia, w którym znajdowały się misy, nasypała do jednej z nich sporą kupkę ziół i zalała wrzątkiem. Otworzyła także naszykowany wcześniej ceramiczny słój i przełożyła z niego część żółtawej mazi do naparu, po czym wszystko dokładnie wymieszała.
– Pani... pozwól, że zajmę się twym ziemskim ciałem. – Na te słowa to Julia teraz zaświeciła czerwienią, robiąc wielkie oczy ze zdumienia. Uznała, że dwie speszone nastolatki w jednym pomieszczeniu to stanowczo za dużo, zatem, aby ulżyć dziewczynie (i sobie), odparła dziarsko:
– Och, nie trzeba, dziękuję, nie musisz się trudzić!
– Ale... – Ilma była mocno zaskoczona, zaniepokojona; wyraźnie nie miała pojęcia, jak odpowiedzieć.
– Naprawdę nie ma problemu, poradzę sobie sama! – kontynuowała bogini, święcie przekonana, że wyświadcza tamtej przysługę. Jakież wielkie było jej zdziwienie, kiedy ujrzała z trudem powstrzymywane łzy w oczach złotowłosej nastolatki, która niemal rzuciła się do wyjścia, uprzednio jeszcze bombardując uszy zrozpaczonej Julii tysiącami „przepraszam”.
Och, to miało wyglądać zupełnie inaczej! Pełna poczucia winy młoda bogini sama o mało się nie rozpłakała na myśl, że zupełnie nieświadomie upokorzyła biedną dziewczynę. Dopiero po fakcie dotarło do niej, że usługiwanie samej bogini to zapewne wielki zaszczyt i marzenie każdego religijnego śmiertelnika, i dlatego Ilma od samego początku tak się denerwowała. A ona, głupia uzurpatorka do nieprzysługującego jej tytułu, wszystko zaprzepaściła kilkoma nieprzemyślanymi słowami!
Niepewnie podeszła do misy pełnej aromatycznego naparu i długo zastanawiała się, co z nim począć. Już żałowała, że odprawiła Ilmę, chociaż myśl o byciu mytą przez obcą osobę nadal nie była zachęcająca. Obok wrzątku stał dzban z pozostałą gorącą wodą oraz druga misa z zimną. Postanowiła zrobić maksymalny użytek z mikstury i najpierw wypłukała sobie usta dla świeżości oddechu, następnie lekko się przemyła, a na samym końcu zanurzyła w wywarze włosy z przeświadczeniem, że wszystko teraz będzie dla nich lepsze niż kolejna noc bez mycia. Przeczesane i wytarte ręcznikiem od razu wyglądały lepiej, a w dodatku pachniały wyjątkowo rześko.
Tych kilka małych zabiegów oraz świeża nocna koszula wystarczyły, aby jej samopoczucie poprawiło się przynajmniej na chwilę. Wiedziała, że jest traktowana z wyjątkowymi względami, jednak poczuła ciepło w sercu na świadomość, że ktoś o niej pomyślał w tak błahych sprawach. Zgasiła świece i zanurzyła się w ciepłą, pachnącą dzieciństwem pościel. Po długich minutach wiercenia się w łóżku ostatecznie zmartwienia dały za wygraną w starciu ze zmęczeniem i dziewczyna usnęła.


Pierwszą część nocy spała dziwnym, twardym snem, który zdał się trwać tylko chwilę, jakby egzystowała w jakimś kuriozalnym limbo, spokojnie, ale i bez wypoczynku. Potem jednak nadeszły koszmary – pełne chaosu, strachu i krzyku. Wielka jak troje ludzi Aeis stała na końcu szpitalnego korytarza i, buchająca wściekłością, wskazywała palcem na próbującą schować się w którymś z pokoi Julię. Wszystkie drzwi były jednak zamknięte.
„Ta, co przywłaszczyła sobie moje imię! Ta, która pluje fałszem i bluźnierstwem!” - grzmiały echem gorzkie słowa bogini. „Zgiń, nieczysta, zgiń, niegodna!”
Dziewczyna czuła pod sobą każdy kolejny krok Aeis zbliżającej się w jej stronę. Powierzchnia podłogi zaczęła pękać pod stopami, aż wytworzyły się weń wielkie wyrwy i cały grunt zapadł się z korytarzem, pochłaniając Julię w nieprzeniknioną pustkę. Bogini obserwowała jej upadek z góry, sama wznoszona na potężnych kruczych skrzydłach. Nastolatka zdążyła jeszcze dostrzec przebijające duszę, pełne nienawiści spojrzenie srebrnych oczu, nim przerażona i oblana potem wylądowała na miękkim łóżku.
Przez pierwsze sekundy spanikowała, gdyż czuła się jak sparaliżowana. Z szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w delikatnie obrysowane błękitnym światłem deski spadzistego sufitu, za wszelką cenę próbując się ruszyć i złapać dech. Całe wieki trwało, nim odzyskała pełną kontrolę nad ciałem. Wciąż jeszcze czując zdrętwienie w dolnej części pleców, powoli uspokajała rozszalałe serce i odzyskiwała przytomność. „Aeis, Aeis” – imię bogini dudniło jej w głowie. Z przestrachem rozejrzała się po ciemnej izbie; była sama.
Co się działo? Czyżby Aeis faktycznie pojawiała się w jej snach? Czy naprawdę... chciała ją zabić? Ale czy to w ogóle możliwe? O ile dotychczas Julia śmiała wątpić w jakiekolwiek zagrożenie płynące z koszmarów sennych, to przeżyte właśnie traumatyczne doświadczenia rozpaliły w niej kolejny płomień strachu. Co, jeśli nie zdołałaby w porę złapać oddechu?
Nie potrafiła już zasnąć. Nie odważyła się. Chociaż w tym nieznanym świecie bogowie zdawali się bardziej realni niż gdziekolwiek indziej, istniała jeszcze szansa, iż te senne mary są po prostu niefortunną projekcją zakłopotanego ostatnimi wydarzeniami umysłu. Jednak w obliczu ciemności i głuchoty nocy marne to było pocieszenie.


Mijały minuty, a pewnie też godziny. Powoli świtało i nieśmiałe, szare światło zaczęło zaglądać do pokoiku na poddaszu. Zapowiadał się ponury, ciemny dzień. Może będzie padać, pomyślała Julia z nadzieją, przypomniawszy sobie słowa Daniela, z których wynikało, iż w razie śnieżycy zostaną w gospodzie jedną dobę dłużej. Po zmaganiach poprzedniego dnia najchętniej wylegiwałaby się w łóżku do popołudnia. Miała wrażenie, że to jeden z tych smętnych, jesiennych poniedziałków, kiedy szarówka za oknem skutecznie zniechęca do opuszczenia ciepłej pościeli i namawia do przedłużenia sobie weekendu. Zaraz jednak poczuła się trochę głupio, uświadamiając sobie, że ona jedna miała przynajmniej luksus spędzenia całej podróży siedząc, podczas gdy pozostali maszerowali na własnych nogach. Masakra – podsumowała w myślach.
Im robiło się jaśniej, tym większa wracała ochota na sen. Dochodzące z dołu przytłumione, sporadyczne odgłosy świadczyły o przebudzeniu przynajmniej jednego z gospodarzy oraz o próbach możliwie najcichszego poruszania się pomiędzy jeszcze śpiącymi i donośnie chrapiącymi kapłanami. W pewnym momencie kroki zaczęły zbliżać się do komórki, która znajdowała się pod poddaszem, a wraz z nimi cichy, słaby głosik nucący spokojną melodię dotarł do uszu Julii. Bezsłowna piosenka, przerywana odgłosami krzątaniny, miała w sobie coś magicznego i zarazem kojącego. Chwilami wydawała się dziwnie znajoma, ale nie sposób było z czymkolwiek ją skojarzyć, zwłaszcza przebywając w zupełnie obcym uniwersum, które przecież nie mogło mieć kontaktów z popularną muzyką juliowego świata. A jednak dałaby głowę, że gdzieś już słyszała niektóre fragmenty melodii.
Blado oświetlony pokoik bogini wypełniały to zanikające, to znów pojawiające się słodkie nuty wyśpiewywane przez sprzątającą na dole Ilmę. Izba wyglądała coraz przyjaźniej i strach związany z nocnymi koszmarami stopniowo mijał. Senne zmory nie mogą przecież straszyć przy świetle dnia, prawda?
Julia już przymykała oczy i powoli zaczynała się oddawać błogiej nieświadomości, gdy wtem usłyszała ciche rżenie, nieprzypominające jednak irytującego mulego rechotu, który tak dobrze poznała przez minioną dobę. Zaczęła nasłuchiwać. Dwa męskie, niezrozumiałe głosy, prowadziły dialog tuż, zdawało się, pod oknem izby. Momentalnie wyskoczyła z łóżka i ostrożnie podeszła do szyby tak, aby powoli wyjrzeć, samej pozostając niezauważalną.
Okno było brudne i wyglądało jak zasmolone, toteż musiała mocno wysilić wzrok, aby przez tę niemal matową warstwę dostrzec sylwetkę stojącego na drodze śniadego konia oraz jego jeźdźca szczelnie okrytego ciemnym płaszczem. Mężczyzna rozmawiał z również zakapturzonym, zwróconym plecami do Julii jegomościem. Musiał padać deszcz, bowiem powierzchnia skórzanej narzuty lśniła w szarym świetle poranka.
Człowiek na koniu zdawał się nie poruszać, natomiast jego rozmówca przestępował z nogi na nogę, co chwila oglądając się w bok, jakby nerwowo sprawdzał, czy nikt ich nie widzi. Julia nie potrafiła jednak rozpoznać jego tożsamości, gdyż nie dość, że okno było wystarczająco umorusane, to jeszcze od tkwienia twarzą przy szybie zaczęła się nań tworzyć mgiełka od oddechów i co chwila musiała ją ścierać.
Nagle stojący mężczyzna sięgnął do płaszcza, wyjął podłużny przedmiot w kształcie tuby i wręczył go jeźdźcowi. Powiedział jeszcze jakieś krótkie zdanie, po czym gestykulacją dał znać, aby tamten już się oddalił. Koń odszedł cichym stępem, a jegomość odwrócił się, zmierzając z powrotem w stronę chaty. Julia zastygła i skupiła wzrok, aby w ułamku sekundy wychwycić jego twarz. Długi nos, czarny zarost, ciemne oczy. To mógł być tylko Sergiusz.
Mężczyzna ominął główne wejście i szedł dalej, zapewne chcąc dostać się na tyły domu. Nastolatka zareagowała o moment za późno, gdyż schowawszy się szybko pod oknem, mogła przysiąc, iż spojrzenie Sergiusza spotkało się z jej własnym. Przeraziła się nie na żarty, chociaż po chwili zaczęła sobie uświadamiać, że przecież nie wykonywała żadnego czynu zakazanego. Bogini ma prawo wyglądać sobie przez okno. Z tą jednak różnicą, że bogini nie schowałaby się w panice podczas konfrontacji wzrokowej z własnym wyznawcą. Znów przeklęła pod nosem swoje dziecinne zachowanie.


Nagłe pukanie do klapy poddasza, choć bardzo delikatne, rozniosło się po pokoju i nastolatka aż podskoczyła. Nastąpiła głucha cisza.
– Słucham? – Julia rzekła słabo, cała już spanikowana. Doświadczona właśnie sytuacja kompletnie ją rozstroiła. Wzięła kilka głębokich oddechów, próbując się uspokoić.
– Najświętsza pani, czy czegoś ci potrzeba? – Ilma spytała nieśmiało, nie otwierając jednak klapy. Zapewne wciąż czuła zażenowanie incydentem poprzedniego wieczora i wolała nie wychodzić z inicjatywą. Julia zaś zwlekała z odpowiedzią. W głowie przewracały jej się setki różnych myśli i scenariuszy. Pragnęła w jakiś sposób zadośćuczynić dziewczynie swoje wcześniejsze faux pas, lecz zebranie się na odwagę było nie lada wyzwaniem. W końcu, możliwie bezszelestnie wstając i siadając na łóżku, postanowiła zrobić coś, co zaskoczyło zarówno Ilmę, jak i ją samą:
– Ilmo... wejdź tu na górę, proszę.
Dziewczyna grzecznie weszła do izby i stanęła ze spuszczoną głową w oczekiwaniu na kolejne polecenie. Piegowata buzia oczywiście czerwieniła się w najlepsze. Obrazek, który dopełniała ciemnoszara, wygnieciona i niemożliwie nudna sukienka, był tak żałosny, że Julia ze zdumieniem zaczęła się zastanawiać, czy sama nie wygląda podobnie w peszących ją sytuacjach. Kompletnie nie zdawała sobie z tego z sprawy.
– Jak wcześniej chodziłaś... To znaczy, ee, słyszałam cię... jak śpiewałaś. Słyszałam, jak sobie nuciłaś – zaczęła. To było trudniejsze, niż przypuszczała. Na dźwięk słów „słyszałam cię” Ilma wzdrygnęła się zszokowana i momentalnie popatrzyła pytająco swoimi jasnymi oczami. Julia starała się nie myśleć o tym, że tylko ona kieruje tą rozmową, inaczej natychmiast by się wycofała. Kontynuowała zatem:
– Bardzo mi się to podobało. Jaka to była piosenka?
– „Świt Aeis”, pani... – niepewnie odparła Ilma, rumieniąc się jeszcze bardziej, lecz na twarzy pojawił się cień uśmiechu. Nerwowo bawiła się palcami. – Moja ulubiona pieśń peri'mska. Babcia mnie nauczyła. Często ją śpiewała, kiedy byłam mała – powiedziała na jednym wydechu, po czym ponownie się speszyła i uciekła wzrokiem na podłogę. Julia zacisnęła usta. Ją babcia również nauczyła wielu piosenek, co prawda głównie głupiutkich dziecięcych rymowanek, jednak na to wspomnienie poczuła przyjemny dreszcz.
– Lubisz śpiewać?
– Och tak, pani, bardzo. Ale tak tylko dla siebie, po cichu...
– Masz bardzo ładny głos... – zaczęła Julia, uważnie obserwując onieśmieloną dziewczynę. – Czy... czy zaśpiewasz mi tę piosenkę teraz?
Zdziwiona Ilma odruchowo otworzyła usta. Nie dowierzając, popatrzyła na boginię ze strachem, lecz także z jakimś nowym rozbłyskiem w oczach.
– Ja... ja? Och, najświętsza, ależ ze mnie żadna śpiewaczka! Tylko ci się naprzykrzę, pani!
– Na pewno nie. Bardzo proszę – Julia odparła pełnym wymuszonego spokoju głosem. Bała się, że znowu zrobi coś nie tak i dziewczę raz jeszcze zaleje się łzami, toteż z niepokojem obserwowała jej reakcję. Jednak Ilma, mimo iż skromność nakazywała jej pokorę, najwyraźniej skrycie marzyła o takiej okazji. Z jednej strony onieśmielona prośbą i obecnością bogini, z drugiej nagle ożywiona i pałająca wewnętrzną energią. Julia obserwowała ją z zachwytem. Śpiewanie musiało stanowić integralną część jej życia.


Pierwsze nuty córka gospodarzy zanuciła sobie pod nosem, aby wejść w dobrą tonację. Zaczęła cicho, jakby w obawie przed brzmieniem własnego głosu, który był ciepły i bardzo dziewczęcy. Każdy kolejny wers jednak stawał się coraz to mocniejszy i coraz to bardziej czysty. Piosenka była spokojna, cudownie melodyjna i chociaż melancholijna, to przepełniała ją radość z życia i nadzieja na lepsze jutro.
W malutkim pokoiku na poddaszu nagle zapanowała magia. Dziewczęta wpatrywały się w siebie z obopólną, lecz przecież tak bardzo różną fascynacją, która na czas tych kilku minut zburzyła barierę formalności i wytworzyła między nimi tajemniczą więź i porozumienie. Julia nagle przestała być boginią, a Ilma prostą dziewką w smutnej, szarej sukience. W tym wyjątkowym momencie obie były po prostu zwykłymi nastolatkami, które w innych okolicznościach, światach czy czasach, na pewno stanowiłyby parę dobrych koleżanek, o ile nie najlepszych przyjaciółek. Julia była o tym przekonana, kiedy z zapartym tchem słuchała kolejnych słów piosenki, patrząc jak zaczarowana na rozśpiewaną Ilmę. To było cudowne uczucie.
I wtedy następował refren. Ponownie pojawiało się wrażenie, że ta melodia na pewno już kiedyś zabrzmiała w uszach młodej bogini. Lecz Julia nie głowiła się już nad tym, dając się ponieść ulotności chwili, która tym bardziej stawała się zaczarowana. Ilma śpiewała...


W kręgu łgarstwa, w mgłach obłudy,
Wśród pól zgnilizny i śmierci pełnych chmur,
Wśród zarazy, w czczych w dniach próby
Wschodzi ona: znad lasów, znad gór.


Aeis, rozświetlisz mroki dusz,
Skażone zamieciesz niczym kurz,
Aeis, rozgonisz kłęby burz,
W plugastwo, w fałsz podły wetkniesz nóż,
Aeis, błogosław swe dzieci już...

- Copyright © Aeis: Fałszywa Dusza ~~ opowiadanie fantasy - Powered by Blogger - Base theme designed by Johanes Djogan -