12.05. - Nowy rozdział już jest! Miłego czytania! :>

 

Archiwum 2013

ROZDZIAŁ VIII




Julia nad ranem najwyraźniej przysnęła, bowiem z niespokojnej drzemki wyrwało ją pukanie do drzwi, tak samo głuche i jednostajne, jak poprzedniego dnia. Chwilę trwało, nim oprzytomniała, lecz nie otwierała oczu. Pod stertą szmat i futer było ciepło oraz przyjemnie, szczególnie teraz, kiedy wreszcie po nerwowej nocy udało jej się zasnąć. Nie chciała wstawać i gdziekolwiek iść, a tym bardziej pokazywać się ludziom. Na samo wspomnienie wyczerpujących wyzwań podjętych poprzedniego dnia, czuła się wystarczająco zdołowana. Myśl o ich rychłej powtórce całkowicie zniechęcała do jakiegokolwiek ruchu.
– Pani, czy obudziłaś się już? – Przytłumiony głos Daniela odezwał się zza drzwi. Nastolatka wzdrygnęła się na dźwięk tego oficjalnego zwrotu. O ile mogła przywyknąć do bycia określaną boskimi tytułami przez obcych staruszków, o tyle w ustach szkolnego kolegi za każdym razem brzmiało to sztucznie i absurdalnie. Gdyby parę dni wcześniej przyszła jej do głowy myśl o podobnej sytuacji, zapewne na samo wyobrażenie cała zaczerwieniłaby się jak burak.
Pierwotnie Julia planowała zignorować wszelkie wezwania i pogrążyć się jeszcze we śnie, lecz najwyraźniej młodzieniec nie miał dla niej litości. Uparcie stukał w drewniane drzwi, czekając na reakcję. Dziewczyna niechętnie otworzyła oczy i usiadła na łóżku. W pomieszczeniu wciąż panowały ciemność i duchota; gdyby nie poczucie przemijającego czasu, nie dałoby się określić, czy jest dzień, czy noc.
– Okej, okej, już nie śpię – rzekła słabo, czując, jak bardzo jest wyczerpana. Wciąż pamiętała strach minionej nocy, ten intensywny koszmar i odgłos ciężkich, obcych kroków ledwie parę metrów od niej.
– Mogę na chwilę?... – spytał niepewnie chłopak. Julia już miała odpowiedzieć, lecz wtem przypomniała sobie o zaryglowanych drzwiach, a tuż po chwili – o niezmytym poprzedniego wieczoru makijażu, który musiał majestatycznie rozetrzeć się na spuchniętej od niewyspania twarzy, w dodatku ozdobionej niechlubną koroną z potarganych i częściowo już przetłuszczonych włosów. Blade światło z korytarza teraz na bank dopełniłoby jej wizerunku godnego wiedźmy rodem ze starych baśni dla dzieci. Zatrwożona westchnęła.
– Zaraz, poczekaj. – Przeczołgała się do drzwi i odsunęła rygiel. Następnie pospiesznie i na ślepo poprawiła sobie włosy, przetarła palcami worki pod oczami i wróciła do łóżka, narzucając na siebie szmaty, pełniące funkcję kołdry. – Możesz wejść.
Julia nasłuchiwała skrzypiących drzwi i poczekała, aż chłopak je zamknie. Wtedy odsłoniła głowę i ujrzała ciemną sylwetkę Daniela, który wieszał na oparciu krzesła jakiś gruby materiał, jednocześnie wyjmując coś z kieszeni.
– Masz tu bardzo ciepłą, podbitą futrem narzutę na płaszcz. Zapalić ci świece?
– N-nie! – Gwałtownie zareagowała, kiedy Daniel wyciągał już dłoń z zapalniczką w stronę knota. – Oczy mnie bolą od gwałtownego światła – bezmyślnie wydukała pierwszą lepszą wymówkę, jakby chłopak miał zapalić co najmniej żyrandol. Sama później skarciła się w duchu za te wszystkie obawy, nad wyraz infantylne w zaistniałej sytuacji. Natłok wrażeń i komplikacji sprawiał jednak, że najmniejsza niedogodność urastała do rangi problemu i Julia naprawdę miała nadzieję, że młodzieniec przynajmniej w ciemności nie dostrzegał szczegółów jej niewyspanej i brudnej twarzy. Czuła się wyjątkowo niekomfortowo.
– Dobrze spałaś? – zapytał tak beznamiętnie, że musiała się potem zastanowić, czy była to szczera troska, czy wymuszone pytanie z grzeczności. Tak samo, jak poprzedniego dnia, Daniel usiadł na jedynym krześle w pokoiku. Delikatna strużka pomarańczowego światła z niemal graficzną precyzją kreśliła krawędź przygarbionej sylwetki młodego arcykapłana. Jego przydługie włosy były w nieładzie.
– Niezupełnie – odparła zgodnie z prawdą. Zawahała się chwilę, lecz kontynuowała: – Daniel, czy... czy ty byłeś tutaj w nocy?
– Nie, dlaczego? – Nie ukrywał szczerego zaskoczenia pytaniem.
– Ktoś stał na korytarzu za moimi drzwiami. W środku nocy – wyrzuciła zlękniona, otrząsając się z nieprzyjemnego dreszczu. Chłopak chwilę milczał.
– Jesteś pewna? A nie był to...
– Nie, to nie był sen! – przerwała mu lekkomyślnie, aby dopiero po chwili przeanalizować sytuację. O koszmarze ze świątynią mówić nie chciała, bo głupi wydawał się jej strach przed zwykłymi marami nocnymi, w dodatku w takim miejscu. Ale ten obcy... może faktycznie on również stanowił tylko element snu? Po wypowiedzeniu tego na głos nie była już przekonana, co dokładnie działo się na jawie. Czuła, że znowu bez sensu spanikowała. – Nieważne, chyba faktycznie mi się przyśniło. Zbyt wiele wrażeń – skwitowała z pokorą.
Nie miała pewności, ale zdawało się, że Daniel uważnie ją obserwował przez tych kilka chwil. Jednakowoż nagle oprzytomniał i zaczął mówić typowym dla siebie tonem bez emocji:
– No dobra. Jest trochę przed piątą. Za około godzinę wyruszamy na zachód, do drugiego kompleksu świątyń w obrębie tego łańcucha górskiego. Miejsce, ku któremu zmierzamy, zwie się Ast, zapamiętaj. Powinno ci się spodobać, tam jest zupełnie inaczej. Bardziej... zurbanizowanie – mówił prędko, niemal na jednym wydechu, stopniowo nabierając ekscytacji. Nastolatka słuchała z uwagą. Nie miała zamiaru już w niczym mu przerywać.
– Czeka nas jednak długa droga... To znaczy, biorąc pod uwagę standardy, do których jesteś przyzwyczajona – dodał, lecz tym razem Julia nie doszukała się ironii w jego głosie. – Jutro wieczorem powinniśmy dotrzeć na miejsce. Szybko się wyszykuj i weź swoje rzeczy. Przyjdę po ciebie za jakąś godzinę. Mam nadzieję, że jeździłaś kiedyś na koniu lub czymś podobnym?
– Yyy, kiedyś tak. – To ostatnie pytanie tak bardzo zbiło ją z tropu, że odpowiedziała, nim dotarł do niej jego sens.
– Cudownie. – Daniel wstał prędko i już skręcił ku drzwiom, gdy nagle coś mu się przypomniało i położył jeszcze na stoliczku niewielkie pudełko. – A, masz tu zapałki – rzekł z wyraźnym rozbawieniem, tak że dziewczyna momentalnie zlała się rumieńcem. Czy naprawdę tak łatwo dało się ją rozszyfrować?


Kiedy chłopak wyszedł, zerwała się na równe nogi i po zapaleniu świec zaczęła się ogarniać. Na talerzu pod srebrną miską znalazła odłożoną dla niej porcję z minionej kolacji, którą zjadła z przyjemnością, acz w pośpiechu. Następnie obmyła swoje ciało chłodną wodą z resztką mydła i pozbyła się czarnych pozostałości makijażu z twarzy.
Nie mogła nazwać się czystą, ale jako tako się odświeżyła. Twarz lekko tylko przypudrowała, a żałośnie prezentujące się włosy spięła w luźny kucyk. Małe lustereczko puderniczki ukazywało zmęczoną, przestraszoną buzię. Westchnęła. Nie wyglądała najciekawiej, szczególnie w porównaniu z poprzednim wieczorem, a to znacznie osłabiło jej pewność siebie. Oby kapłani nie zawiedli się tak marnym widokiem swojej bogini, pomyślała.
Cały czas zastanawiała się, co Daniel mógł mieć na myśli, mówiąc o „zurbanizowaniu” drugiej świątyni oraz jeździe na koniu. Idea podróży rumakiem napawała Julię na przemian strachem i ekscytacją. Jej ostatnie doświadczenia z końmi dzieliło z dobrych siedem lat, w dodatku ograniczały się one do nużącego stępu wkoło bądź po linii prostej na sędziwych kobyłach prowadzonych na linie. Z drugiej jednak strony romantyczna wizja samej siebie, majestatycznie prezentującej się na pięknym koniu wśród dzikiej, śnieżnej przyrody, była wyjątkowo kusząca i budziła w nastolatce dawne marzenia.
Julia spakowała swój cały mało okazały dobytek i rozejrzała się po pokoju. Po minionej nocy ta kamienna klitka wydawała się jeszcze bardziej ciasna i nieprzyjemna, toteż dziewczyna z ulgą myślała o nowej sypialni. Odniosła wrażenie, że wszystkie czynności zajęły jej nie więcej niż pół godziny. Usiadła jeszcze na krzesełku, lecz po kilku minutach niecierpliwość wzięła górę.
Kaptur futrzanej narzuty był od wewnątrz przyjemnie miękki, kosmicznie ciepły i tak duży, że częściowo opadał na oczy, zasłaniając pole widzenia. Mimo to Julia nie zdejmowała go, kryjąc tym samym swoją twarz i ewentualne niepożądane emocje. Stukając złotą laską o kamienną podłogę, szła powoli podziemnym korytarzem, zmuszając myśli do odtworzenia właściwej drogi. Nie miała zamiaru biernie siedzieć w komnacie i czekać na Daniela; senność gwałtownie przeszła i została zastąpiona nieposkromioną ciekawością tego, co wydarzy się dalej.
Liczyła, że spotka jednego z kapłanów, który poprowadziłby ją do wyjścia. Błądziła jednak ciemnymi i pustymi korytarzami, co chwila zawracając i skręcając to w nowsze alejki, aż była przekonana, którędy na pewno iść nie powinna. Mijała dziesiątki drzwi, jednych solidnych i zaryglowanych, innych niemal rozpadających się; gdzieniegdzie widziała stosy szmat, siana czy pieńków drewna, w kilku wnękach dostrzegła też bezkształtne resztki kamiennych rzeźb, które niegdyś zdobiły tunele.
Wszystko stare, pełne kurzu, zgnilizny i gdzieniegdzie tylu pajęczyn, że chwilami trudno było stwierdzić, które z pomieszczeń są jeszcze użytkowane, a które opuszczone od lat. Niewątpliwie jednak każdą cząstkę zgniłego powietrza, każdą wyżłobioną przez czas szczelinę, wypełniała atmosfera porzucenia i jedynie reminiscencji dawnych momentów świetności. W niektórych korytarzach nie pozapalano nawet pochodni, przez co zarówno straszyły, jak i hipnotyzowały swoim mrokiem i ukrytymi tajemnicami. Kilkunastowieczna budowla konała, jęcząc świstem zewnętrznego wiatru, a stanowiła przecież najważniejszy ośrodek wiary w boginię życia, w nieśmiertelną Aeis. Dziewczyna się zadumała. Ile historii i pokoleń przewinęło się przez puste pokoje i korytarze? Ile stóp wydeptało te alejki, ile głosów odbiło się od pokruszonych murów, nim zaczęto o nich zapominać? I czy był tam również Daniel?
Nie bała się zagubienia, w końcu kogo jak kogo, ale zabłąkanej bogini na pewno szukaliby do skutku. Jej kroki i stukanie laski odbijały się od popękanych ścian wielowarstwowym echem. Z czasem Julia zauważyła, że światła gęściej porozmieszczane są w korytarzach, które przypominała sobie z poprzedniej wędrówki. Ku własnemu zaskoczeniu, po pewnym czasie trafiła do obszernej komnaty z kominkiem, w której poprzedniego dnia odbyła się uroczysta kolacja. Stąd droga do wyjścia była już prosta.
Przy jednym ze stołów siedział samotnie czarnobrody kapłan w średnim wieku, tak bardzo pochłonięty lekturą pewnej masywnej księgi, że zdał sobie sprawę z obecności nastolatki dopiero, gdy ta zatrzymała się w połowie drogi do wyjścia na kolejny korytarz. Dopalająca się niemrawo świeca na stole sugerowała, że na czytaniu zeszła mu cała noc. Zaskoczony wzrokiem niespodziewanego przybysza, niemal podskoczył na krześle, wyraźnie zmieszany swoją nieuwagą. Zakapturzona, grubo ubrana postać na ciemno odzianych, chudych nóżkach, wystających spod wielu warstw kapoty, skierowała berło ze złotym ptakiem w stronę kapłana i rzekła ciepło:
– Bądź zdrów, mój synu! – Po czym kiwnęła głową, kryjąc lekki uśmiech pod cieniem kaptura i poszła dalej, pozostawiając w komnacie bladego, lecz uszczęśliwionego mężczyznę, który próbował jeszcze wybełkotać jakieś podziękowania.
Kolejnych kilkadziesiąt kroków Julia przeszła na nogach miękkich jak wata, miarowo uspokajając oddech. Nie tyle nawet był to efekt samotnej konfrontacji z nieznanym kapłanem, co samodzielnego podjęcia inicjatywy i świadomego zakłopotania drugiej osoby. Czuła teraz, wyraźniej niż dotychczas, że wykorzystując swoją pozycję mogłaby zmusić wielu do grania wedle jej zasad i wypełnić te dwa miesiące oczekiwania czystym luksusem. Wiedziała jednak, że przy jej charakterze to niemożliwe, bo nie mogłaby się wyzbyć ciągłych wyrzutów sumienia i nieustającego strachu przed wykryciem. Jakie to smutne – pomyślała gorzko – w zaistniałej sytuacji lepszą aktorką okazałaby się osóbka bez skrupułów!


Mroźne powietrze powitało młodą boginię, kiedy przekroczyła drzwi budynku. Na zewnątrz rozpościerały się jeszcze nocne ciemności. Granat mroku łamały nieliczne pochodnie, przytwierdzone do ostałych się fragmentów murów i kolumn, niektórych wysokich nawet na kilkanaście metrów, jakie wyrastały z ziemi niczym kamienne drzewa i podobnie do nich gościły na sobie gromady czarnych ptaków. Na wschodzie nieśmiało jarzyła się pomarańczowa łuna, w większej mierze zakryta przez szczyty górskie. Nad najstarszym kompleksem świątynnym bogini Aeis unosiło się bezchmurne niebo i czyste, ostre od mrozu powietrze. Dziedziniec – o ile w ogóle można było tak nazwać pusty plac pomiędzy zrujnowanymi budowlami – pokrył świeży biały puch, w którym zdążono już tego dnia wyżłobić liczne ślady stóp.
Julia stała i napawała się spokojem, wdychając rześkie powietrze i rozkoszując ciepłem, jakie emanowało od futrzanej narzuty. Po kilku chwilach zaczęła bezwiednie spacerować wśród kamiennych filarów i przekonywać samą siebie, że wcale nie jest tak tragicznie, że w końcu mogła wylądować w świątyni w momencie, w którym nie byłoby tam Daniela, i wtedy zapewne skończyłaby naprawdę marnie. Ostatecznie scenariusz przygody ułożył się perfekcyjnie: została boginią, niczym bohaterka niejednej książki lub filmu, i powinna być za to wdzięczna losowi do końca życia. Odprawi kilka mszy, odpowie grzecznie na pytania i jakoś te dwa miesiące zlecą.
Gdzieś w środku jednak czuła ukłucie goryczy – już nawet nie wyrzutów sumienia, tylko wrażenia i obawy, że nie zasłużyła na takie względy i pomyślne zakończenie historii.
Spojrzała na masyw górskiej ściany na zachodzie, skąd przywędrowała dwa dni wcześniej. Pochodnia przy jaskini już dawno się wypaliła, a w panującym półmroku wzrok nie sięgał daleko, toteż nie mogła dostrzec wnęki – jej jedynej drogi ucieczki z tego świata. Czy portal faktycznie pojawi się dokładnie za dwa miesiące? Daniel niewątpliwie wiedział, co mówi, w końcu podróżował już wiele razy. Co jednak, jeśli świetliste drzwi znikały tylko na chwilę i potem znowu się materializowały? Nawet młodzieniec zdawał się nie ogarniać mechanizmów rządzących tymi fantastycznymi zjawiskami. Być może Daniel zawsze wracał do jaskini o ustalonej porze, podczas gdy tak naprawdę portal pojawiał się o wiele wcześniej, a on o tym nie wiedział.
Julia zacisnęła pięści. Ruszyła niepewnym krokiem po skrzypiącym śniegu w kierunku nierównej ścieżki, która prowadziła wzdłuż skalistej ściany, prosto do wnęki. Na górze roznosiło się wronie krakanie, kiedy mijała kolejne fragmenty zrujnowanych budowli. Postanowiła, że pójdzie teraz do jaskini i sprawdzi, czy portal się przypadkiem nie otworzył. Nie może przecież wyruszyć w długą, nieznaną podróż, marnując jedyną okazję na opuszczenie tego świata wcześniej. Nieważne, że będą jej szukać. Nieważne, że Daniel zostanie sam; on sobie poradzi. Prawda? A Julia wróciłaby do domu, nim wsiąknęłaby głębiej w bagno, do którego sama się wpakowała.


– Hej! – Głośny, pełen emocji krzyk z daleka sprawił, że momentalnie się zatrzymała. Nim jednak zdążyła się odwrócić, w tej samej chwili niecały metr od niej – dokładnie w miejscu, w które ułamek sekundy później wykonałaby kolejny krok – z głośnym hukiem gruchnął ciężko fragment starej kamiennej rzeźby; kawałek głowy i ramienia marmurowej Aeis, wielkości małego samochodu, wgniótł się w podłoże. W połowie rozerwana w makabrycznym rozcięciu martwa twarz łypała pustym okiem na zszokowaną dziewczynę.
Aż zatrzęsła się ziemia pod stopami nastolatki, a kłęby śniegu wzbiły w powietrze, kiedy ta odruchowo odskoczyła, chwiejąc się na nogach i tracąc równowagę. Odpryski kamieni i lodu obsypały ją aż po wysokość piersi. Za sobą usłyszała śpieszne kroki osoby, której wołanie uratowało jej życie. Byłaby upadła cała oszołomiona, gdyby mężczyzna zawczasu nie wyciągnął rąk i jej nie podtrzymał. Tępym wzrokiem Julia spojrzała na Sergiusza.
– Widziałem, jak balansował – powiedział prędko, dysząc i nie ukrywając zaskoczenia. Patrzył to na fragment rzeźby, to na półprzytomną Julię i analizował sytuację. Druga część twarzy bogini musiała ukruszyć się już dawno temu, bowiem na szczycie masywnej kolumny ostał się jedynie fragment ramienia. – Och, pani – Sergiusz zaczął po kilku chwilach – czyżbyś gniewała się na samą siebie?
Mimo wyraźnego poruszenia, zdołał przemycić w tonie głosu ironię, tak bardzo dla niego charakterystyczną. Młoda bogini jednak nie ogarnęła jeszcze, jak srodze otarła się o śmierć i pustym, niemal rozpaczliwym wzrokiem spoglądała w ciemne, drwiące oczy swojego nieszczęsnego wybawcy, w których iskrzył się płomień pobliskiej pochodni. Nie miała pojęcia, co odpowiedzieć. Jedyną refleksją, jaka obecnie nasuwała jej się na myśl, było pytanie: „Dlaczego akurat on?”.


Niebo na wschodzie barwiło się na różowo, malując śnieżny krajobraz ciemnym fioletem. Groźnie piętrzące się szczyty odległych gór gdzieniegdzie przepuszczały pierwsze tego dnia, nieśmiałe promyki słońca. Pośrodku wąskiej doliny otoczonej zaśnieżonymi zboczami skalnymi po kamiennej dróżce powoli ciągnęły się czarne sylwetki kilkunastoosobowego kordonu. Podzieleni na małe grupki, w równych odstępach po kilkanaście metrów, szli jeden za drugim kapłani najstarszego ośrodka świątynnego bogini Aeis.
Ciągnęli ze sobą obficie obładowane bagażami muły, które z pokorą i tępym spokojem na pyskach posuwały się leniwie naprzód, nadając tempa wyprawie. Na najbardziej okazałej, acz zarazem i apatycznej klaczy siedziała sztywnie wyprostowana Julia, kołysząc się delikatnie w rytm mulego stępu. Nie takiego rumaka sobie wymarzyła, i gdy tylko Daniel przedstawił jej nową towarzyszkę podróży, gorzko zaśmiała się w myślach wraz z ponownie kpiącym z niej losem.
Tak czy siak czuła w tej chwili wielką wdzięczność do swojego fatum, w dodatku z dwóch różnych powodów. Po pierwsze, co było raczej oczywiste, na samą myśl o pokonywaniu nierównej kamienistej drogi na własnych nogach, odzianych co prawda w modne, lecz kompletnie niedostosowane do górskiego terenu kozaki, robiło jej się niedobrze. Po drugie, co było już mniej ewidentne, żywiła wdzięczność za perfekcyjnie zgrane w czasie pojawienie się Daniela, zaledwie parę momentów po felernym wypadku, który rozegrał się na oczach Sergiusza, i który dzięki niemu o mało nie zakończył się tragicznie.
Mężczyzna o koziej bródce, ku wielkiemu niezadowoleniu Julii, nie dość, że był członkiem kapłańskiej eskapady, to jeszcze pełnił rolę swoistego przewodnika, jako osoba najbardziej wprawiona w dalekich podróżach. Było więc pewne, że potowarzyszy orszakowi młodej bogini przez kolejne tygodnie. Przeklinała to w duchu, ze spuszczoną głową wpatrując się w trzymadło niewygodnego, prowizorycznie dostosowanego do kobiety siodła.
Po obu stronach klaczy kroczyli arcykapłani. Jegomościa po lewej pamiętała z minionej kolacji. Pan w średnim wieku bez jednego włoska na głowie zadawał wtedy liczne pytania i bezsprzecznie zachwycał się możliwością obcowania oraz rozmowy z boginią. Nawet teraz, idąc koło niej w milczeniu, był wyraźnie spięty, a ile razy nastolatka zerknęła w jego stronę, gładka twarz otulona futrem przybierała odcień czerwieni.
Julia ciałem skierowana była na prawą stronę, gdzie kroku dotrzymywał jej Daniel. Chłopak szczęśliwie nie odstępował jej już na krok – jedynie wzrokiem skarcił wcześniej za samodzielne wędrówki, niczym matka niesforne dziecko. Chociaż nastolatka rozumiała jego obawy przed wpakowaniem się w kolejne kłopoty, a także czuła się przy nim bezpiecznie, nie do końca pojmowała jego dążenia do pełnej kontroli jej zachowań. Czy wynikało to z braku zaufania, czy czegoś jeszcze? Tym bardziej ją to zastanawiało, że w bezpośredniej rozmowie Daniel zawsze był oschły, do bólu rzeczowy i skryty. Ani razu nie wykryła u niego uczucia innego niż irytacja.
Tym razem również, niedługi czas po opuszczeniu kompleksu ruin, wyraźnie niezadowolony, spoglądał na Julię raz po razie, jakby próbując coś przekazać. Przez pierwsze minuty dziewczyna była przekonana, że wciąż beszta ją za poranną samowolę. Sama ledwie otrząsnęła się z wrażenia „co by było, gdyby”, zatem milczała ze skruchą oraz spuszczoną głową. Po pewnym czasie jednak dotarło do niej, że spojrzenie jasnych oczu Daniela jest ponaglające i chodzi o coś zupełnie innego. Zwróciła się do mężczyzny po prawej stronie:
– Chciałabym na osobności porozmawiać z arcykapłanem Danielem. – Sama zaskoczyła się butnym tonem swojego głosu. – Jeśli pozwolisz... – dodała spokojniej, obserwując narastające podenerwowanie łysego kapłana.
– Ależ oczywiście, pani... – odparł przepraszająco i przystanął, aby dołączyć do grupki, która szła za nimi. Minęła przynajmniej minuta, nim Daniel się odezwał.
– To było dobre – rzekł lakonicznie, lecz to przynajmniej na moment usatysfakcjonowało Julię. – Okej, jak się czujesz?
– Trochę oszołomiona, ale w porządku... – westchnęła, znowu nie odczuwając krzty prawdziwego zainteresowania w głosie chłopaka.
– Może to i lepiej, że trafiłaś akurat na Sergiusza. Jedyne, czego nam teraz brakuje, to więcej podejrzliwych osób – spróbował zażartować. Julii nie było jednak do śmiechu, więc kontynuował już po swojemu: – Muszę ci wyjaśnić jeszcze parę rzeczy. W zasadzie to nic innego nie powinienem teraz robić, jak tylko wtajemniczać cię w te przeklęte realia. Nie wiem, jak stoisz z nauką historii, ale to zabrzmi podobnie do lekcji, zatem słuchaj uważnie.
Nastolatka chłonęła jego słowa w skupieniu. Nawet poirytowany głos Daniela brzmiał dźwięcznie i lekko, słuchało się go z czystą przyjemnością. Mówił cicho i ostrożnie, bacznie sprawdzając, czy aby pobliscy kapłani ich nie słyszą.
– Widzisz, wiara w Aeis nie jest obecnie jedyną religią w Ardmorze. Właściwie jest ona jedynie częścią wielkiej religii obejmującej jeden panteon bóstw, wśród których Aeis oraz Ageon są najważniejsi. Niegdyś, chociaż wtedy mnie tu jeszcze nie było, wiara w bogów wyglądała podobnie do politeizmu starożytnych Greków czy Egipcjan. Wszystko zmieniło się tysiąc pięćset lat temu po przybyciu pierwszego wcielenia Aeis...
Tu na chwilę urwał i zerknął na Julię, jakby sprawdzając, czy ta nadąża. Nastolatka kiwnęła głową i duchu pomyślała, że faktycznie, brzmi to jak wykład na lekcji historii. Z tą różnicą jednak, że takiego nauczyciela słuchało się nieporównywalnie przyjemniej.
– Po pojawieniu się Aeis wiara w boginię prawdy rozkwitła – kontynuował. – Wtedy też powstał pierwszy ośrodek świątynny, a później cała masa kolejnych, gdzie czczono wyłącznie ją, niczym chrześcijańskiego Boga. Gorliwość wierzącego ludu, który przez długie lata rozpowiadał o objawieniu bogini, ogarnęła cały Ardmor. Aeis była jak dotąd jedynym bóstwem, które osobiście zstąpiło do swych śmiertelnych dzieci, potwierdzając tym swoje istnienie. Jak możesz się domyślić, wielu zwątpiło wtedy w prawdziwość pozostałych bogów. Zepchnięto ich na dalszy plan, szczególnie po wydaniu królewskiego rozporządzenia, które ustanowiło wiarę w Aeis czymś w rodzaju religii państwowej... Nadążasz?
Dziewczyna ponownie kiwnęła głową. Opowieść nie była na razie zbyt skomplikowana, chociaż zapewne zgubiłaby się, gdyby nie przeczytała wcześniej książki o mitologii. Trochę też mina jej zrzedła, kiedy zrozumiała, że w to wszystko oczywiście wmieszana jest polityka.
Krajobraz tymczasem powoli nabierał innego charakteru. Z ośnieżonych ścian wąwozu ostało się strome górskie zbocze po lewej stronie, po prawej zaś, wśród licznych białych pagórków lub nagich, ostrych skał, zaczęły pojawiać się pierwsze, wyjałowiałe rośliny. Suche kępy trawy przeplatały się z gołymi krzakami, coraz gęściej rozmieszczonymi. Złote światło porannego słońca przebijało się przez góry w oddali, oblewając twarze wędrowców przyjemnym, ciepłym blaskiem.
Przez cały czas lekko przymrużone oczy Daniela obserwowały Julię, badając jej reakcje. Peszyło ją to, ale także irytowało. Zupełnie, jakby wątpił w jej intelekt czy możliwości rozumienia. Oczywiście orłem z historii, ani tym bardziej polityki nie była, bystrością umysłu też zazwyczaj nie grzeszyła, no i ostatecznie wylądowała w Ardmorze z własnej głupoty – jednak to wszystko nie było powodem do traktowania jej z góry. Prawda?
– No i wtedy się zaczęło... – ciągnął Daniel. – Przez setki lat świątynie poświęcone Aeis mnożyły się i rozwijały, a pierwszy kompleks świątynny, z którego zostały teraz niemal same ruiny, tętnił życiem. Ludzie pielgrzymowali tu z najdalszych rejonów kontynentu, jedni pragnący doznać objawienia, inni z czystej ciekawości ujrzenia miejsca, po którym stąpała bogini. Mijały całe pokolenia, a lud Ardmoru żył w ciągłym oczekiwaniu jej powrotu. Co pół wieku należało restaurować świątynie, przygotowując je do ponownego przybycia bogini. Z czasem jednak... – tutaj westchnął z żalem – ...ludzie zaczęli wątpić.
– Dlaczego? – Julia była szczerze zaintrygowana, widząc zwłaszcza, jak jej rozmówca posmutniał. Mróz przyprawił jego nos i policzki chłodnym różem, przez co skóra twarzy wydawała się jeszcze bardziej blada niż zazwyczaj.
– Nie pamiętali już przybycia Aeis, z faktu historycznego stało się ono jednym wielkim mitem. Zawiedli się w wieloletnim oczekiwaniu na jej powrót. Zmęczyli tymi samymi opowieściami przekazywanymi od pokoleń. Wielu odwróciło się od bogini i wróciło do kultu całego panteonu, inni zaczęli czcić tylko niektórych bogów. Istniejące wcześniej sekty rozszerzyły działalność, rosnąc w siłę, zrzeszając nowych członków i buntując ich przeciwko istniejącemu systemowi. Ród królewski popadł w konflikt z rządem, a efektem tego był koniec finansowego wspierania kompleksów świątynnych. Mniej więcej dwieście lat temu rozpoczęły się zamieszki zwolenników zniesienia nakazu kościelnej daniny i ogólnie odgórnej wiary. Świątynie podupadły. A to nie wszystko.
Głos Daniela nabierał coraz więcej emocji, a każde kolejne zdanie chłopak wypowiadał szybciej, nie mogąc nadążyć za własnymi myślami. Wpatrzony w drogę przed sobą, otoczoną przez coraz ciekawszy krajobraz, wzrokiem był zupełnie gdzie indziej.
– Kult Ageona rósł w siłę. Szerzono przekonanie, że skoro już bogini objawiła się śmiertelnikom, czas na jej męża, boga śmierci i kłamstwa. Wedle pierwotnej mitologii, odtworzonej ze skrawków zachowanych pism, oznaczałoby to... coś w rodzaju sądu ostatecznego. No, po prostu koniec świata. Mało tego. Wyznawcy Ageona przekreślają jakikolwiek wpływ Aeis na nasze życie. Uważają, że kobieta jedynie mogła dać początek ludzkości, podczas gdy, banalnie mówiąc, tylko facet jest w stanie nią dalej kierować.
– Pff... – parsknęła Julia, chcąc podkreślić swoje oburzenie i pokazać młodzieńcowi, że zrozumiała całą opowieść. Mimo iż lista pytań znowu rosła w głowie dziewczyny, nie było jej stać na mądrzejszy komentarz. Daniel jednak spojrzał na nastolatkę śmiertelnie poważnie.
– Och, Julio... Żyjemy właśnie w czasach największego kryzysu wiary w naszą panią. Ja to wszystko widziałem; obserwowałem na własne oczy, jak świątynie upadały, jak stopniowo ludzie się od nas odwracali... Będąc bez żadnej nadziei na ratunek. Aeis nie chciała powrócić. A teraz zjawiłaś się ty. – To ostatnie słowo wyraźnie podkreślił, wprawiając nastolatkę w osłupienie. Nim jednak zdołała wykrztusić z siebie jakiekolwiek pytanie, Daniel już spieszył z wyjaśnieniem:
– Widzisz... Kiedy wczoraj powiedziałem ci, że „to” może się udać, miałem na myśli nie tylko naszą szopkę z tobą jako Aeis przed kapłanami, chociaż to pierwszy etap planu. Dlatego wszystko musi być perfekcyjnie odegrane, nie możesz popełnić najmniejszego błędu. Nie odprawiamy bowiem teraz zwykłej pielgrzymki po świątyniach, aby ludzie mogli się tobą pozachwycać, o nie. Idziemy prosto do miasta Mosmor, stolicy Ardmoru. Wskrzesimy wiarę na nowo. Musimy pokazać rządzącym najprawdziwszą, w ich wierzeniu, boginię Aeis, która powróciła na ziemię. – Oczy Daniela zrobiły się wielkie. – Tak, jak obiecała...
Cisza, przerywana odgłosami dalekich rozmów i mało uroczym fukaniem muła, trwała kilka minut. Słońce już dawno wzniosło się ponad horyzont, rozświetlając błękitne niebo i porażający jasnością śnieg. Ciągnąca się od kilometrów wielka ściana skalna coraz gęściej obrastała w zielonkawy puch, natomiast po drugiej stronie zaczęły pojawiać się nieduże zbiorowiska bliżej nieokreślonych drzew iglastych.
Julia nie odzywała się. Nie była pewna, czy Daniel skończył i czekał teraz na jej reakcję, nie mogła się jednak zdobyć na żadne słowa. Była przytłoczona ilością oraz treścią informacji, a także nie do końca uświadamiała sobie ich sens. W jaki sposób niby ma przekonać króla – czy kto tam rządził Ardmorem – że to właśnie ona jest prawdziwą Aeis? Jak Daniel to sobie wyobrażał? Czym innym byli kapłani, całe lata żyjący w izolacji, a czym innym elita wielkiej krainy. O ile po minionym dniu była przynajmniej przekonana, że młodzieniec ma wszystko pod kontrolą, o tyle teraz zaczynała wątpić, czy on oraz reszta kapłaństwa w ogóle zdają sobie sprawę z tego, na co się porywają.
Wzrastało w niej niezadowolenie i bezradność. Dlaczego ma to robić? Przecież nawet nie wierzy w tę całą Aeis. Nie chciała być wykorzystywana do jakichś durnych celów politycznych, na których nawet jej nie zależało. Czy Daniel w ogóle rozważył jej szanse? No dobrze, biorąc pod uwagę już jeden publiczny występ i przynajmniej kilka kolejnych przed dotarciem do stolicy, miał prawo założyć, że da radę. Może... może faktycznie jest to możliwe, pomyślała. Być może chłopak wierzył w Julię bardziej niż ona sama. Ale jakie miały wyniknąć z tego korzyści dla niej?
Zbyt wiele wątpliwości ogarnęło teraz najbliższą przyszłość nastolatki. Wolała ochłonąć i przemyśleć tę sprawę raz jeszcze, ale później.
– Daniel... – odezwała się po dłuższej przerwie, akurat w momencie, w którym przeleciała nad nimi para ćwierkających ptaków. – Dlaczego w ogóle tak bardzo zależy ci na tym, aby ludzie wierzyli w Aeis? Dlaczego ty wierzysz? – Serce zabiło jej mocniej przy ostatnim pytaniu, gdyż wiedziała, jak drażliwy to temat. Młody arcykapłan spoglądał znużonym wzrokiem na drogę i odparł:
– Pamiętam czasy dawnej świetności. Pamiętam piękne, marmurowe komnaty, idealne posągi, bujną roślinność, sprowadzaną z krańców świata. Pamiętam uroczyste ceremonie, na które zjeżdżali się najstarsi arcykapłani. Aeis była tam z nami, jej obecność czuło się w każdej istocie i w każdym miejscu. – Przerwał nagle, nad czymś się zastanawiając. Julia przygryzła dolną wargę; nie otrzymała pełnej odpowiedzi na swoje pytania. Po chwili namysłu chłopak kontynuował tonem przygnębienia: – Byłem tam, kiedy kwitnęliśmy, byłem także, jak umieraliśmy. Z wizyty na wizytę świątynie popadały w coraz większą ruinę, wielcy arcykapłani odchodzili, a z nimi odchodziła też Aeis. Lecz tak naprawdę mnie tam nie było. Nic nie mogłem zrobić. Pojawiałem się raz na dwa, trzy lata, czasem i rzadziej. Może gdybym dał radę zjawiać się częściej...
Młodzieńcowi załamał się głos. Julia słuchała w oniemieniu, nie rozumiejąc, lecz współczując. Pragnęła bardzo poznać przeszłość Daniela, a przynajmniej dowiedzieć się o jego powodach podróży do Ardmoru i bycia kapłanem bogini, co do której istnienia miała wiele wątpliwości.
– Dlaczego nie mogłeś przychodzić tu częściej?
– Mam ojca w szpitalu – odrzekł krótko Daniel. – I zawaliłem już jeden rok w szkole.
– Och... – Julia odruchowo przyłożyła dłoń do ust. Jakoś nie rozważyła wcześniej tak przyziemnych powodów. – A twoja mama? Czy wie... – spytała spiesznie, lecz po chwili żałowała swojej przesadnej ciekawości:
– Nie żyje.
– Ojej... Przepraszam.
Nastolatka zakłopotała się. Daniel powiedział to tak beznamiętnie i stanowczo, jakby znowu zabrnęła o jedno pytanie za daleko. Było jej bardzo przykro. Chłopak przeżył wiele trudnych chwil, których rangi nie mogła sobie nawet wyobrazić, i jednocześnie najwyraźniej dusił wszelkie emocje w sobie. Było wątpliwe, czy komukolwiek poza Julią zdradził wcześniej więcej informacji. Tyle lat, które łącznie minęły, kiedy siedział w Ardmorze, zapominając o zewnętrznych realiach. Tyle samotnych chwil przeżytych w szarej rzeczywistości współczesnego świata, które były jedynie wyczekiwaniem, aż ponownie będzie mógł przekroczyć świetlisty portal.
Żył w obu uniwersach, a jednak nie należał do żadnego. Samotny, z jednej strony otoczony śmiercią przyjaciół w ciągu całych pokoleń, jakie mijały w Ardmorze, z drugiej pozbawiony codziennego ciepła najbliższej rodziny. Gdzie znajdował się jego prawdziwy dom? Jak w tym wszystkim udawało mu się jeszcze uczęszczać do szkoły, a nawet na imprezy?
Wszystkie te myśli bombardowały umysł dziewczyny, kiedy mijali kolejne skaliste pagórki i drzewa. Droga, która dotychczas wydawała się prosta, musiała skręcać lekko na prawo, bowiem z czasem masywy górskie w oddali zaczęły się przesuwać, odsłaniając wysoko unoszące się słońce w pełnej krasie.
Szli już jakieś cztery godziny. Daniel nie odzywał się od dobrych sześćdziesięciu minut, pogrążony w myślach tak bardzo, że raz o mało się nie potknął o jeden z licznie usianych na drodze kamieni. Żaden z członków kapłańskiej eskapady nie zdecydował się jednak na dołączenie do nich. Sergiusz znajdował się na przedzie, tak daleko, że Julia przynajmniej na czas wyprawy mogła o nim zapomnieć.
– Jul... – niespodziewanie odezwał się Daniel, aż nastolatkę przeszedł dreszcz. W połowie słowa jednak przerwał, gdyż grupa kapłanów przed nimi gwałtownie się zatrzymała, zasłaniając jednak swoimi sylwetkami powód poruszenia. Zaskoczone muły zarżały rozpaczliwie, gdy Julia z młodym arcykapłanem powolnym, pełnym napięcia stępem dochodzili do rozmawiającej z przejęciem grupy na przedzie. Ich oczom ukazał się obficie odziany w skóry mężczyzna na czarnym, żwawym koniu. Rumak wysoko unosił nogi, nie mogąc ustać w miejscu, jakby zatrzymał się właśnie po długim, prędkim galopie i rozpędzony nie chciał zwalniać tempa. Zarówno on, jak i jeździec ciężko dyszeli.
Kiedy Daniel i Julia podeszli do kapłanów, zapadła cisza. Jasne oczy posłańca płonęły, a poliki i nos pokryły się rumieńcem, kiedy w zdenerwowaniu, nie zdając sobie nawet sprawy z obecności bogini, zachrypniętym głosem przekazywał wiadomość:
– Znaleźli go... znaleźli... ziemskie wcielenie Ageona!

ROZDZIAŁ VII




Twarz Julii płonęła rumieńcem niemal tak intensywnie, jak ogień w pobliskim kominku, kiedy około dwudziestu par oczu uważnie śledziło drogę srebrnego kielicha z winem do jej ust. Zaprawione kroplą wroniej krwi smakowało tak samo gorzko, jak zwykła smakować większość wytrawnych trunków, lecz słodka była symbolika kryjąca się za tym niecodziennym dodatkiem. Głosiła: Witaj z powrotem w domu! – takim właśnie sposobem w Ardmorze goszczono członków rodziny oraz dawnych przyjaciół, którzy po latach rozłąki wracali do rodzinnych stron.
Zarówno o tym, jak i o masie innych niuansów wypełniających ów wieczór, Daniel opowiadał później spragnionej wyjaśnień młodej bogini. Już zresztą udając się do obszernej komnaty z kominkiem – tej samej, którą mijali poprzednim razem – przygotował dziewczynę na kilka ewentualności: że kiedy najstarszy arcykapłan wygłosi mowę powitalną, a wszyscy wstaną z krzeseł, ona musi siedzieć; że powinna pobłogosławić potrawy i oficjalnie podziękować za gościnę; że kiedy zostanie wzniesiony toast na jej cześć, ma obowiązek jako pierwsza skosztować wina; oraz wreszcie, co chłopak wyraźnie podkreślił, że lepiej, aby nie odzywała się niepytana.
Zaciekawione spojrzenia kapłańskiej elity lustrowały nastolatkę siedzącą w centralnym miejscu przy obszernym drewnianym stole. Scenka przywodziła na myśl stado ciotek i kuzynek, które takim samym wzrokiem wiele razy pożerały kilkuletnią Julkę na przyjęciach rodzinnych, a których twarzy i imion nigdy nie można było spamiętać. I o ile wtedy ucieczką od wstydu okazywały się dziecięce łzy, teraz nie było innego rozwiązania, jak tylko dzielnie znosić fascynację męskiej grupy o średniej wieku czterdziestu lat i mieć nadzieję, iż przy bladym świetle kominka nie widać intensywnej czerwieni, którą równo pokryła się twarz młodej bogini.
Chwilowa ulga nastąpiła, kiedy mężczyźni zajęli się posiłkiem, chociaż obawa przed byciem obserwowaną podczas tak prozaicznej czynności jak jedzenie nie znikła. Myśli dziewczyny szalały: czy takie sytuacje będą teraz codziennością? Trochę żałowała, że wzięta parę godzin wcześniej tabletka przestała działać oraz że nie poprosiła o kolejną. Bycie w centrum uwagi nie znajdowało się już jedynie w sferze marzeń szarej i niepozornej nastolatki, a stawało się wręcz niepokojącą perspektywą. Chociaż zapewne taka Angelika piałaby teraz z zachwytu.
– Pani, polecam zacząć od rosołu z czarnej wrony. – Dźwięczny głos Daniela wyrwał ją z rozmyślań. W istocie spoglądała bezwiednie na złocisty wywar w masywnym kotle już od pewnego czasu. Kiwnęła głową i podała chłopakowi miskę. Świeżo mianowany arcykapłan siedział najbliżej bogini, tuż po jej lewej stronie, za rogiem stołu. Trochę dalej, naprzeciwko młodzieńca, zasiadł Elmud Negwar, a za nimi kolejni w kapłańskiej hierarchii duchowni. Kilku najwyższych stopniem kapłanów również dołączyło do kolacji, a wśród nich, ku niezadowoleniu Julii, znalazł się także Sergiusz Fargarath, który jako jedyny z towarzystwa nie wykazywał entuzjazmu i sprawiał wrażenie nieobecnego. Dziewczyna żywiła wielką nadzieję, że pozostanie taki już do końca dnia.
Kiedy skosztowała gorącego wywaru, zapomniała na kilka chwil o niepokoju. Otumaniona chaotycznością dnia ledwie rejestrowała wyborne zapachy, które mile łechtały jej nos już w korytarzu prowadzącym do komnaty. Teraz jednak rozkoszowała się intensywnością smaku rosołu, niewątpliwie spotęgowaną przez doskwierający głód. Pamiętała doskonale bulion swojej babci, który był bodaj jedyną zupą, jaką w dzieciństwie jadła z nieudawanym zachwytem. I choć tamten powstawał z kury, to smaki ich obydwu zmieszały się teraz ze sobą, wypełniając nastolatkę spokojem i przyjemnym ciepłem. Stary arcykapłan trafnie odczytał wyraz na jej twarzy, bowiem po chwili rzekł z uśmiechem:
– Najświętsza pani, widzę, że nasz kucharz pójdzie dzisiaj spać szczęśliwy, skoro, jeśli dobrze widzę, nasze ziemskie jedzenie spełnia twe oczekiwania. – Oczy wszystkich ponownie spoczęły na Julii, a także podejrzliwy wzrok Sergiusza, który uważnie obserwował teraz jej reakcję, z zamyśleniem mierzwiąc swoją kozią bródkę.
– Och. Tak. Rosół jest wyborny – wybąkała, zastanawiając się, czy powinna tak wyraźnie okazywać swój zachwyt. Przecież zazwyczaj jadała w ogrodach świętego Per'imu ichniejsze odpowiedniki nektaru i ambrozji, więc w teorii rosół śmiertelników nie powinien zrobić na niej większego wrażenia. Lepiej się pilnować, pomyślała. – Proszę mu to przekazać – dodała z lekko władczą nutą w głosie.
Pozostałe dania już niestety nie potrafiły dorównać znakomitości bulionu, choć były podobnie intrygujące. Pomijając dość pospolite surówki z jarzyn, w zasadzie cała kolacja opierała się na różnorakich potrawach z drobiu, który stanowiły liczne gatunki wron oraz główny bohater wieczoru w postaci pieczonego kruka. Julii nigdy wcześniej nie przyszłoby do głowy spożywanie tych ptaków, zwłaszcza, że te należące do bardziej pospolitych gatunków widywała codziennie w drodze do szkoły czy domu. Tutaj jednak gościły na stołach niemal każdego dnia. Później Daniel dodatkowo wyjaśnił dziewczynie, iż czarny ptak uznawany jest przez wyznawców Aeis za święte zwierzę, którego spożycie jest codziennym rytuałem, a jego krew traktuje się podobnie do wody święconej.
Pierwsze minuty kolacji upływały w ciszy zmąconej jedynie odgłosami typowymi dla spożywania posiłków. Mężczyźni najwyraźniej również krępowali się obecnością bogini, wymownie milcząc. Zapewne woleli nie mącić jej umysłu pospolitymi opowiastkami z życia codziennego. Zdawało się, że biorą Julię już za pełnoprawną boginię, a nie dziewoję, w której duszy dopiero odżywa Aeis. Znacznie utrudniało to sprawę.
Z czasem atmosfera zaczęła się rozluźniać i w stronę nastolatki padły pierwsze pytania.
– Droga pani, jeśli mogę spytać... Jak się czuje twoje ziemskie ciało? Czy odzyskujesz siły po podróży? – podjął w pewnym momencie arcykapłan o brązowej brodzie i okrągłej, przyjaznej twarzy. Wszyscy zgromadzeni nabrali oddechów, mierząc wzrokiem swojego brata. Ten, najwyraźniej zaskoczony własną śmiałością, speszył się lekko i dodał: – Racz wybaczyć, jeśli pytanie jest niestosowne.
Julia, która od poprzedniej konwersacji siedziała w pełni wyprostowana, trzymając głowę wysoko, zawahała się. Na ile powinna odpowiadać zgodnie z rzeczywistością, a na ile budować swój wizerunek jako pewnej bogini? No cóż, nie dało się ukryć, iż faktycznie przybyła tu z innego świata, a podróż do najprzyjemniejszych nie należała.
– Owszem, jest już lepiej – odparła, przełykając kęs mięciutkiego pasztetu – chociaż przyznam, że będąc tu poprzednim razem, miałam więcej energii. Wybrałam wtedy lepsze ciało. Teraz jeszcze wiele rzeczy mi się plącze. – Uśmiechnęła się delikatnie, czując jednocześnie na sobie nagłe spojrzenie Daniela, który znieruchomiał na dźwięk tych ostatnich słów. Brodaty arcykapłan najwyraźniej zainteresował się tematem, a pozostali uważnie się przysłuchiwali.
– Och, pani, a jak wygląda podróż z Per'imu na ziemię? Czy jest to zjawisko, które śmiertelnik mógłby sobie wyobrazić? Czy je w ogóle pamiętasz?
Nastolatka zrobiła nad wyraz zamyśloną minę, jakby musiała wytłumaczyć coś skomplikowanego małemu dziecku i szukała najprostszych do tego słów.
– Jak przez mgłę... Jest to niczym spadanie w nieskończony wir pełen światła... Jakby się wciąż umierało i rodziło na nowo – odpowiedziała tajemniczo, usilnie powstrzymując się od zerknięcia na zesztywniałego obok Daniela. Część mężczyzn westchnęła z uznaniem.
– Najświętsza, a jak wyglądają ziemie per'imskie? Tyle bym oddał, aby móc je zobaczyć – prędko spytał wychudzony duchowny o wielkich, zatrwożonych oczach. Nastolatka z zaskoczeniem stwierdziła w myślach, że nikt – no cóż, nikt poza Sergiuszem, który z nieprzerwanie kwaśną miną obserwował Julię z drugiego końca stołu – nie wątpi w prawdziwość jej słów, a wszyscy chłoną kolejne odpowiedzi z nieukrywanym zachwytem. Uświadomiła sobie, że poza spisanymi wieki temu księgami, z których pewnie spora część nie zdołała przetrwać, ci biedni kapłani nie posiadają żadnych innych źródeł wiedzy na temat mitycznego świata i jego bogów. Kto bowiem byłby w stanie podważyć wersję samej bogini, która zjawiła się równo tysiąc pięćset lat po swojej poprzedniej wizycie? Nikt ze zgromadzonych, poza Danielem, nie mógł przecież pamiętać tak odległych czasów.
– Per'im jest... Bardzo kolorowy – zaczęła, odłożywszy kielich z winem. Nie smakowało jej wcale, jednak na stole nie uświadczyła żadnego innego napoju do popicia. – Pełny świateł, które latają w powietrzu i oświetlają ulice oraz domy. Hm... Nie ma tam śniegu, a łąki pokrywa gęsta trawa i piękne kwiaty, które nie rosną w tym świecie. – Patrzyła w górę, jakby przypominała sobie prawdziwe miejsce. W istocie, oczami wyobraźni wróciła do swojego własnego, wyimaginowanego świata, który wykreowała sobie całe lata wcześniej. Jej jedyny, wymarzony, idealny. – A kiedy wsłuchać się w szum wiatru, można usłyszeć piękne melodie wygrywane przez naturę – dodała z rozmarzeniem. Tak, taka właśnie mogła być kraina godna bogów.
Z każdym kolejnym słowem w Julii wzrastała ekscytacja. Zaczęła rozumieć, że to ona kreuje tę mityczną rzeczywistość, a im więcej powie, tym bardziej wiarygodną się stanie. Zdumiała się, jakie to łatwe. Wychowując się w świecie przepełnionym fantastyką i science-fiction, od małego karmiona była licznymi wyobrażeniami innych światów. Wystarczyło przypomnieć sobie najciekawsze motywy, a następnie połączyć kilka z nich, aby stworzyć coś własnego i na pozór oryginalnego.
– To znaczy, melodie wygrywane przez boga wiatrów, Hardysa, czy boga muzyki, Stradeusa? – wtrącił prędko milczący dotąd Daniel, śląc Julii porozumiewawcze spojrzenie, które mówiło: „nie przeginaj”. Dziewczyna się zmieszała; no tak, wyobraźnia to jedno, ale pozostaje jeszcze wiedza, której niewątpliwie jej brakowało. Stąpała po bardzo grząskim gruncie i równie dobrze mogła dotychczas mieć po prostu szczęście.
Zadumała się przez moment, lecz wybrnęła z sytuacji:
– Tylko wtedy, kiedy obaj się spotkają i postanowią zagrać wspólnie.
– Ahaa... – odparł chłopak, udając, że wyjątkowo nurtowała go ta kwestia. Jednocześnie Julia poczuła, jak odetchnął z ulgą. Sama jednak zaczynała się denerwować.
Kapłani, rozochoceni dotychczasowymi odpowiedziami, zaczęli niemal przekrzykiwać się w kolejnych pytaniach, które najwyraźniej trapiły ich od lat. Wszystkie jednak dotyczyły spraw zabawnie trywialnych z punktu widzenia Julii bądź łatwych do wyobrażenia, takich jak codzienność w świecie bogów, poglądy na nieśmiertelność czy dzieje świata. Przy każdym trudniejszym pytaniu dziewczyna brała kolejny łyk gorzkiego wina, dając sobie tym samym czas do namysłu, bądź odpowiadała zdawkowo, tłumacząc się „zamglonym umysłem ludzkiego ciała”. Inspiracje do wypowiedzi desperacko wygrzebywała z pamięci na temat mitologii starożytnych kultur, tak że w efekcie duchowieństwo otrzymywało przeplatany wszystkimi możliwymi motywami stek bzdur i ogólników – jakby to trafnie określiła jej nauczycielka historii. Coraz bardziej skonsternowana nastolatka zaczynała mieć wyrzuty sumienia, tak bezczelnie okłamując kapłanów, lecz jednocześnie cieszyła się ze szczerej radości na ich twarzach.
Wtem wśród podnieconych głosów zabrzmiał jeden nowy, tak mocny i tubalny, że mimo sporej odległości powędrował prostą drogą do uszu Julii.
– O wielka pani, a czy dereńskie pieczary są tak przerażające, jak opisują księgi? – Sergiusz zapytał tonem pozornie naturalnym, lecz oczy jego pełne były podejrzliwości i nieprzeniknionych zamiarów. Nastolatka wzdrygnęła się i poczuła, jak jej serce zaczyna bić przyspieszonym tempem. Dlaczego bała się tego mężczyzny? Gdyby to pytanie zadał którykolwiek inny z kapłanów, tylko przez chwilę zawahałaby się nad odpowiedzią. Czuła jednak, że coś jest nie w porządku.
Nie przypomniałaby sobie nazwy, ale przynajmniej kojarzyła owe pieczary z per'imskiej mitologii jako miejsce zsyłania dusz plugawców i największych kłamców, gdzie poprzez psychiczne tortury byli resocjalizowani i mogli otrzymać drugą szansę na życie.
– Ludzie mają tendencję do wyolbrzymiania... – zaczęła ostrożnie, starając się uspokoić narastającą falę zimna w ciele, oraz intensywnie rozpatrując możliwą pułapkę. Wszyscy momentalnie umilkli, a Sergiusz z przesadzoną uwagą chłonął każde słowo. – ...Chociaż muszę przyznać, że w tym wypadku ich wyobrażenia są tylko tycią namiastką prawdziwej... ee... grozy tego miejsca – zakończyła, siląc się na nutkę postrachu w głosie. Z przerażeniem spostrzegła, że wino w kielichu się skończyło i momentalnie poczuła, iż jednak nie powinna była go tak szybko wypijać. W komnacie zapanowało poruszenie. Duchowni zaczęli szeptać coś do siebie nawzajem, zerkając to z lekkim oburzeniem na Sergiusza, to z niepokojem na młodą boginię.
– Och. – Gęste, czarne brwi kapłana uniosły się w zdumieniu. Dziewczyna znowu dostrzegła kątem oka, jak Daniel nieruchomieje. Miała wrażenie, że zaraz się odezwie, jednak ciszę przerwało kolejne pytanie Sergiusza: – Czy może zatem raczysz, pani, urozmaicić nam słowami wizję ich wnętrz?
Setki myśli w ciągu ułamka sekundy przeleciały przez głowę nastolatki. Czy to była ta podpucha, której się spodziewała? Julia nie dobrnęła w księdze o mitologii do opisu wyglądu czy nawet wyobrażeń dereńskich pieczar, a przecież nie mogła w zaistniałej sytuacji zgadywać. Na razie nikt z obecnych nie podważył jej stwierdzeń, zatem szła dobrym torem. Dlaczego jednak pytania ciemnowłosego kapłana spowodowały taki ferment wśród duchownych? Musiała teraz mocno zastanowić się nad najbezpieczniejszą odpowiedzią, a jednocześnie zachować powagę. Było to o tyle trudne, że wino pulsowało w jej żyłach oraz przeczuwała, a wręcz była przekonana, iż Sergiusz Fargarath sprytnie ją zwodzi. Tłumaczenie się słabością ciała byłoby w tej sytuacji zbyt naciągane.
– A może lepiej pomińmy ten temat – wtrącił stanowczo, z wymuszoną grzecznością Daniel, posyłając Julii kolejne porozumiewawcze spojrzenie – nieprzyjemny zarówno dla nas, jak i dla bogini, szczególnie że... – Ta jednak już otwierała usta i przerwała chłopakowi, zadowolona z przygotowanej odpowiedzi:
– Ależ nie szkodzi. Szczęśliwie wy, moi kochani, nie doświadczycie tego wstrząsającego dla śmiertelników widoku, którego nie da się opisać ludzkimi słowami... – rzekła z pełną powagą, lecz nim zdążyła wypowiedzieć zdanie do końca, pewien łysy kapłan z wielkimi uszami, który już wyraźnie wcześniej próbował coś wtrącić, wreszcie odezwał się przerażony trzęsącym się głosem:
– Ależ pani... Ze wszystkich bogów jedynie Ageonowi wolno wkraczać do pieczar dereńskich... Wszystkim innym, a tobie szczególnie, grozi tam skalenie duszy! – Jego wielkie ze strachu oczy sparaliżowały Julię. Przed chwilą była przekonana, że sytuacja jest opanowana, jednak o tym zaskakującym fakcie nie miała pojęcia. Momentalnie zbladła, a jej usta bezwiednie się otworzyły. Następujące potem wydarzenia rozegrały się błyskawicznie, lecz w jej odczuciu trwały wieczność.
– Ja... – zaczęła wydobywać z siebie nieokreślony początek zdania, jakiejkolwiek odpowiedzi, która by zatuszowała tę tragiczną sytuację. Panicznie rozejrzała się wokół. Część kapłanów kierowała w jej stronę pełne zdezorientowania spojrzenia, inni z nadzieją w oczach czekali na prędkie wyjaśnienie sprawy. Jedynie Sergiusz, wyglądający teraz jak diabeł w ludzkiej postaci, mrużył oczy z półuśmiechem niczym myśliwy, który wreszcie upolował swoją zdobycz. Daniel natychmiast zareagował:
– Och pani, czyżbyś śniła o torturowanych duszach swych najbardziej parszywych dzieci? – Wyraźnie zdenerwowany artykułował każde słowo dosadnie i powoli, wskazując dziewczynie tok myślenia i dając więcej czasu na odpowiedź.
– Ja... och tak. Przecież nie weszłabym do pieczar, będąc o zdrowych zmysłach – odparła, z trudem powstrzymując drżenie głosu i nadając mu żartobliwy ton. – Śniłam o nich. Koszmary. To dla mnie... bardzo trudne. Szczególnie teraz – wybełkotała, kierując swój wzrok na starego Elmuda, jakby podświadomie szukając zrozumienia. – Całe wieki...
Przy stole znów rozległy się szepty, tym razem jednak spokojniejsze, dające ujście wcześniejszym spięciom, oraz sugerujące, iż taka odpowiedź była spodziewana. Dopiero później Daniel wyjaśnił Julii, że bogowie śnią o wydarzeniach z przyszłości, a sam motyw snu jest nieodłączną częścią kultu Aeis.
Sergiusz już przygotowywał się do riposty, kiedy wreszcie do konwersacji przyłączył się pierwszy arcykapłan. Wstał gwałtownie, powstrzymując tamtego krótkim kręceniem głowy, i powiedział:
– Dość już tych pytań. Nasza pani jest najwyraźniej wyczerpana. Nawet dla bogini to niełatwa rzecz, drodzy bracia, po piętnastu wiekach wczuć się w wątłe ludzkie ciało. Sądzę, że i tak doznaliśmy łaski i dowiedzieliśmy się wystarczająco wiele. Dziękujemy, najświętsza. – Tu zwrócił się bezpośrednio do Julii, wykonując subtelny ukłon. Energicznie chwycił za już prawie pusty kielich wina i dodał: – Proponuję jeszcze raz wznieść toast na cześć naszej bogini. Niech żyje Aeis!
– Tak, niech żyje! Racz nam wybaczyć, najwspanialsza! – krzyknął łysy kapłan, którego wcześniejsze słowa wywołały strach u dziewczyny. Na jego twarzy mocno rysowały się wyrzuty sumienia. Po chwili dołączyła doń reszta braci duchownych, łącznie ze zgaszonym Sergiuszem, który bez słowa przechylił kielich, a strużka krwistego trunku polała się mu po brodzie. Julia wiedziała, że argumenty sprzed chwili go nie przekonały. Widział jej pierwszą reakcję i to mu wystarczyło. Nikogo wcześniej nastolatka tak bardzo się nie bała, jak teraz tego mężczyzny.


Kiedy Daniel odprowadzał młodą boginię do pokoju, dziewczyna ledwie trzymała się na nogach. To był tylko jeden dzień, a już była zmęczona jak po maratonie. Nie mogła zresztą odgonić myśli od podejrzliwości Sergiusza oraz faktu, że tak łatwo wpadła w jego zasadzkę już na samym początku niefortunnej przygody. Głowę rozsadzały jej wszystkie możliwe rodzaje wątpliwości, począwszy na niepewności dnia następnego, poprzez obawę przed zdemaskowaniem, na wzrastającej potrzebie ciepłego prysznica skończywszy.
Daniel kroczył pewnie, w milczeniu, stukając raz po raz złotym berłem, którego Julia nie miała już siły trzymać. Zaprzątały go własne myśli i o wiele dalej idący niepokój. Od pechowej konwersacji wydawał się rozdrażniony, zatem przez całą drogę nastolatka szła wyciszona i dodatkowo przygnębiona. Kiedy dotarli pod drewniane drzwi małej komnaty, nie wytrzymała napięcia i wyrzuciła z siebie jękliwe:
– Daniel... On wie.
Mina chłopaka pozostała niewzruszona, lecz z oczu bił gniew, który nie mógł znaleźć ujścia. Dłoń Daniela mocniej zacisnęła się na lasce.
– Ale nie ma dowodu. Musisz być bardziej ostrożna – odparł sucho, co wywołało u Julii nie lada oburzenie bagatelizowaniem sprawy. Młodzieniec jednak zauważył to i dodał po chwili, jakby przekonując również samego siebie: – Będzie dobrze. Idź teraz spać, jutro z rana wyruszamy. Obudzę cię.
Po tych słowach oddał dziewczynie berło, skinął lekko głową i odszedł równym krokiem w głąb korytarza, nie odwracając się już. Nastolatka stała jeszcze pod drzwiami, tępo śledząc go wzrokiem. Wewnątrz niej przeplatały się złość ze wstydem, jak i strach z głębokim żalem. Nie miała jednak siły nawet na łzy.
W pokoiku powitał ją zapach duchoty i zgnilizny, lecz również przyjemne ciepło i upragniona samotność. W kandelabrach paliły się nowe świece, a woda w misach została wymieniona na świeżą. Również na stoliczku pojawiła się butla z piciem oraz talerz z metalową pokrywą, pod którą znajdowało się zapewne śniadanie. Po zamknięciu drzwi małym ryglem Julia niemal od razu rzuciła się na łóżko, wcześniej pospiesznie ściągając z siebie niewygodne odświętne ciuchy i wkładając swój t-shirt, jedyny element jej obecnego stroju, który mógł posłużyć za piżamę. Choć czuła narastający na ciele brud, nie miała już sił na wieczorną toaletę i momentalnie ułożyła się do snu. Chciała o niczym nie myśleć; byleby jak najszybciej oddać się kompletnej nieświadomości.


Donośny głos nauczycielki roznosił się po klasie, formując niezrozumiałe słowa. Julia siedziała samotnie w ławce i próbowała notować, jednak mimo wielkiego wysiłku nie potrafiła powtórzyć zasłyszanych zdań. Pisała w zeszycie jakieś kompletne głupoty, kiedy poczuła, że ktoś dosiada się obok niej. To był Daniel. Nie zwracał jednak na nastolatkę uwagi, z wyjątkowo skupioną miną studiując jakąś starą księgę. „To mitologia Per'imu. Na pewno są tam informacje o dereńskich pieczarach” – pomyślała Julia.
„Co tu robisz?” – spytała, lecz głos nie wydobył się z jej ust. „Daniel?” – bezdźwięczne słowa nie docierały do chłopaka, który patrzył uważnie na pożółkłe stronice, jakby nie zdawał sobie sprawy z obecności dziewczyny. Wtem zgasły światła i zapanował półmrok charakterystyczny dla zmierzchu. Nastolatka rozejrzała się i, ku swojemu zdumieniu, spostrzegła, że właśnie znajduje się na głównym dziedzińcu świątyni Aeis, otoczonym krużgankami. Razem z Danielem siedzieli przy marmurowym piedestale, który był teraz wysoki niczym stół. Za nimi, na drewnianych ławkach, spoczywał tłum kapłanów, odprawiających nabożeństwo.
Nagle nad dziedzińcem przeleciała głośna wrona, kończąc swój lot na czubku wielkiego posągu bogini. Cały czas donośnie krakała, a Julia desperacko próbowała ją uciszyć, rzucając weń kamieniami. Żaden jednak nie był w stanie dosięgnąć potężnej rzeźby. Krakanie wrony stawało się nie do zniesienia. Wtem twarz bogini poruszyła się i wykrzywiła wściekle.
– Przeklęta! – rozniósł się echem donośny kobiecy głos. – Przeklęta...! – powtórzyła Aeis, ogłuszająco krzycząc. Nastolatka wciąż próbowała trafić posąg kamieniami, które podnosiła coraz to większe. Rosło w niej przeżeranie i czuła wyraźnie zimny pot ogarniający ciało. – Obmierzła kłamczyni – pisnęła bogini, mocą głosu wprawiając podłoże w wibracje. Julia zachwiała się na nogach, lecz Daniel oraz kapłani dalej siedzieli w bezruchu, nieświadomi rozgrywającej się obok sceny.
Tuż za dziewczyną z hukiem opadł kawałek muru. Po chwili odskoczyła, ledwo unikając kolejnego głazu.
– Myślisz, że możesz bezkarnie plugawić moje imię?! – ogłuszający, nieludzki wrzask zadzwonił w uszach dziewczyny, kiedy następne kawałki gruzu z impetem waliły się wokół. Ogień ze strąconych pochodni zajmował grube zasłony na rozpadających się ścianach i resztki zeschłej trawy na ziemi. Julia chciała krzyknąć coś w odpowiedzi, lecz wszechobecny hałas zagłuszyłby każde słowo. Cała świątynia runęła, pochłaniając Daniela i wszystkich pozostałych. – Oszustka, oszustka – wysyczała Aeis wprost do ucha dziewczyny, a ta otworzyła oczy.


Serce próbowało wyskoczyć jej z piersi. Mimo podniesionych powiek, rozpościerała się przed nią gęsta ciemność. Oddychała prędko, wciąż słysząc zanikające echa spadających głazów i przewiercającego duszę głosu bogini. Sparaliżował ją strach. Wyczuwała czyjąś obecność.
Kilka dobrych chwil zajęło jej uświadomienie sobie, gdzie się znajduje. Swąd spalenizny ze zgaszonych świec roznosił się po czarnej komnacie. Ciężka, grobowa cisza pochłaniała pomieszczenie, przeplatana sporadycznym, lecz przytłumionym kapaniem w głębi murów. Nic nie dało się dostrzec. Nastolatka tłumiła oddech, mocno ściskając skórzaną narzutę i tkwiąc bez ruchu.
I nagle cisza została przerwana przez kroki. Głośne, powolne kroki. Delikatna, pomarańczowa łuna światła zaczęła przeciskać się przez szpary w drzwiach naprzeciwko łóżka w miarę, jak tupot ciężkich butów się oddalał.
Ktoś właśnie stał za jej drzwiami.
Przez resztę nocy Julia niemal nie zmrużyła oka.

Rozdziały siódmy już wieczorem!


Przepraszam Was wszystkich, iż mimo zapowiedzi, rozdział siódmy opóźnił się o całe wieki. Listopad był dla mnie paradoksalnie dość gorącym okresem, co znacznie odbiło się na ilości wolnego czasu. :) Dodatkowo dzisiejszy rozdział okazał się sporym wyzwaniem, co tym bardziej przedłużyło jego powstawanie. Niemniej jednak szykujcie się na kolejnych dziesięć stron przygód nastoletniej bogini już za parę godzin!

Jednocześnie chcę poinformować o małym dodatku na blogu - na dole strony znajdziecie teraz Shoutboxa, w którym możecie dzielić się swoimi luźnymi uwagami na wszelkie tematy (lub dotyczącymi opowiadania, jeśli żaden inny dział do tego nie pasuje). : )

Pragnę również pochwalić się oceną celującą, jaką otrzymałam w ocenialni Magiczne Oceny. Jest mi niezmiernie miło, że opowiadanie spodobało się kolejnej oceniającej!

Rozdział ósmy powinien się pojawić znacznie prędzej, chociaż tym razem nie obiecam konkretnej daty. ;) Niechaj wystarczy Wam wiedza, że opowiadanie pragnę doprowadzić do końca, a jesteśmy dopiero na początku! Być może niedługo wrzucę kolejny portret i zaktualizuję zakładkę "Bohaterowie". Tymczasem pozdrawiam wszystkich Czytelników i życzę miłego czytania! <3

Wieści z frontu


Witacje! Piszę tę wiadomość, aby uspokoić Was, że kolejny rozdział jak najbardziej się pojawi, jednak aby także uprzedzić, iż jeszcze trochę to potrwa. Mam ostatnio na głowie mnóstwo pracy i spraw do ogarnięcia, a to sprawia, że wieczorami pędzej ląduję w łóżku przy książce, aniżeli przy klawiaturze. ;) Chciałam dodawać nowe rozdziały z częstotliwością dwóch miesięcznie, jednak obawiam się, że mało to realne. Niemniej jednak siódma część na pewno pojawi się jeszcze w listopadzie.

Dodam również, że wprowadziłam parę drobnych zmian i poprawek w tekście, szczególnie w pierwszych rozdziałach. Wynikały one głównie z niedopowiedzeń lub - na szczęście niedużych - błędów logicznych. Za wytknięcie ich dziękuję bardzo Leleth, która od teraz będzie również oficjalną betatesterką "Aeis". : )

W przyszłości planuję bardziej drastycznie pozmieniać początek historii, uwypuklić niektóre wątki i dodać tam więcej życia... Jednak to dopiero za jakiś czas. :) Póki co skupiam swoje myśli na siódmym rozdziale i obiecuję, że pojawi się już niedługo!

Uniwersum


Akcja "Aeis..." rozgrywa się w dwóch światach: naszym współczesnym (chociaż dokładne miejsce jest nieokreślone) oraz drugim, który można nazwać równoległym. Jako że uniwersum to nie jest bazowane na żadnym znanym potencjalnemu Czytelnikowi, postanowiłam przedstawić tu w skrócie jego zarys, ciekawostki oraz inne informacje, które z czasem zostaną rozwinięte w samym opowiadaniu. Dlatego też ostrzegam: jeśli wolisz poznawać ten świat poprzez samą historię, czyli oczami Julii, może lepiej powstrzymaj się od czytania. ;)
Póki co omówiłam trzy tematy, wkrótce pojawią się kolejne.


GEOGRAFICZNIE


Główna bohaterka ląduje w nieznanym jej mroźnym świecie, który ustami Daniela zostaje nazwany Ardmorem. Nie jest to jednak, wbrew pierwszym skojarzeniom, nazwa całego świata, a jedynie wielkich rozmiarów regionu leżącego na północnym wschodzie głównego lądu. Tenże olbrzymi kontynent, zwany Le, dzieli się na wiele mniejszych lub większych krain sąsiadujących z Ardmorem, oddzielonych od siebie głównie ze względu na uwarunkowania geograficzne. Gęsto rozsiane łańcuchy górskie samoistnie rysują granice poszczególnych regionów i jednocześnie zamykają konturami brzegi kontynentu. Brak informacji na temat innych lądów poza Le, gdyż - jeśli w ogóle istnieją - znajdują się zbyt daleko i nikt nie zdołał jeszcze do nich dopłynąć.

Świątynia, w której Julia rozpoczyna swoją przygodę, znajduje się w północno-wschodnim rogu kontynentu, na samym jego krańcu, tak że za otaczającymi ją masywami górskimi rozpościera sie już tylko ocean. Cały Ardmor, z racji swojego położenia, jest wyjątkowo mroźną krainą, jednak znajdujący się na wysokościach kompleks świątynny należy do jego najzimniejszych terenów. Śnieg i mróz goszczą tu cały rok i mało kto, poza nielicznymi dostawcami zapasów czy kupcami, dociera w te nieprzyjazne rejony.

Im dalej na południowy zachód, tym niższy jest teren, a wiatry i śnieżne burze rzadsze, zatrzymujące się na górskich szczytach. Dopiero jednak na samej granicy kraju można odczuć zalążki umiarkowanego klimatu i przyjemne, choć wciąż niemrawe, ciepło słoneczne.

GENEZA I ZAWIŁOŚCI CZASOWE


Historia powstania tego świata na chwilę obecną jest niejasna żadnemu żyjącego stworzeniu (pozwolę sobie zachować ten wątek na później, do wyjaśnienia w opowiadaniu:)). Na ten temat snute są jedynie domysły, a przyjęte założenia możecie przeczytać w kosmogonii, z którą zapoznała się Julia w rozdziale piątym. Wiadomo, że przed wieloma tysiącami lat cały kontynent obfitował w bujną, dziką roślinność, góry były mniejsze, a klimat wręcz tropikalny. Z czasem liczne trzęsienia ziemi zmieniły ląd nie do poznania i nastała swoista epoka lodowcowa, która trwa do dziś.

Jak wspominał Daniel, czas w tym uniwersum płynie inaczej w stosunku do naszego. Różnica w prędkości wynosi około trzystu sześćdziesięciu razy. Oznacza to, iż jedna sekunda w naszym świecie równa jest sześciu minutom w Ardmorze. Idąc tym tokiem rozumowania, doba u nas oznacza rok u nich, natomiast nasz rok to ichniejsze 365 lat. Ostatnie pojawienie się Aeis, obliczane na 1500 lat wstecz, miało miejsce zaledwie cztery lata temu naszego czasu. Zakładając, iż to równoległe - chociaż może lepszym określeniem byłoby: zagnieżdżone - uniwersum powstało parędziesiąt tysięcy lat temu, dla nas stanowiłoby to zaledwie jeden wiek.

Organizmy jednostek przemieszczających się między światami starzeją się wedle zakorzenionego w nich upływu czasu. Dlatego właśnie Daniel, który już wiele razy podróżowal do Ardmoru na długie miesiące, wciąż ma dziewiętnaście lat. Okres, który spędził w świątyni, nie wpłynął na jego organizm bardziej niż kilka godzin, które przeżyłby normalnie w naszym świecie. Aby ciało osobnika zaczęło się starzeć wedle czasu drugiego uniwersum, ten musiałby w nim zagościć na wiele długich zim. Przystosowywanie się organizmu do nowych warunków jest stopniowe i niezauważalne, ale można je oszacować na mniej więcej sto lat. Analogicznie, jeśli osoba z ardmorskiego uniwersum odwiedziłaby nasz świat, zestarzałaby się w czasie odpowiadającym jej własnemu, czyli po kilku ledwie dniach byłaby sędziwsza o kilka dobrych lat.


POLITYKA


Jak wspomniałam wyżej, wielki kontynent Le podzielony jest górskimi łańcuchami na liczne krainy. Wiele z nich wypełniają rozległe lasy, inne obejmują skaliste pustkowia. Terenów zdatnych do osiedlenia jest niewiele, toteż razem z Ardmorem istnieje jedynie pięć zurbanizowanych regionów. Pozostałe zamieszkują rzadko rozsiane plemiona lub osady, niekiedy większe wsie, podlegające jednak prawom najbliższego kraju.

Każda kraina w Le składa się z wielu mniejszych regionów lub swoistych miast-państw, których język, kultura oraz religia są wspólne dla wszystkich mieszkańców. Najlepszym przykładem takiego podziału u nas mogą być Stany Zjednoczone. W Ardmorze, ze względu na jego położenie i ukształtowanie terenu, znajduje się tylko sześć regionów. Ich centrami są rozległe stolice, otoczone przez o wiele mniejsze miasteczka i wsie. Główną stolicę całego Ardmoru wybudowano w gęsto zalesionym regionie o nazwie Mosmor. Stamtąd też płyną najważniejsze rozporządzenia i rozkazy od ardmorskiego rządu z królem na czele. Ustrój można porównać do republiki rzymskiej z czasów pierwszego triumwiratu, z tym że tutaj władca jest jeden. :)

Najbliżej Ardmoru, za obszernymi połaciami lasów, na zachodzie leży Taial, kraina o wiele cieplejsza od Ardmoru, lecz mokra i skalista, rządzona monarchią stanową. Kolejne regiony kontynentu znajdują się na tyle daleko, że na chwilę obecną nie musimy sobie zawracać nimi głowy. ;)


JUŻ WKRÓTCE POJAWIĄ SIĘ: RELIGIA, RASY, TECHNOLOGIA


~*~

Portrety: Julia


Witajcie! Dzisiaj pierwsza część graficznej "niespodzianki". :) Niewątpliwie zajmie mi to dużo czasu (zważywszy na jego codzienne braki), jednak zdecydowałam się na pełne pomalowanie portretów postaci. Zaczynamy od Julii, oczywiście.


(kliknij, aby powiększyć)

Wiem, że w przeciwieństwie do opisów w opowiadaniu tutaj nie poskąpiłam jej urody, ale cóż, i tak portret jest mocno wystylizowany. Mam nadzieję, że moja wizja głównej bohaterki spodoba się Wam. Kolejny na odstrzał idzie Daniel! :D Ale to pewnie dopiero za jakiś czas.

ROZDZIAŁ VI




Skrzypienie wielkich drzwi odbiło się echem w ciemnym pomieszczeniu. Aeis przywitała przybyszów pustym spojrzeniem z wyhaftowanego wizerunku na znanym już Julii gobelinie. Dziewczyna przypatrzyła się jeszcze raz świetlistej bogini, która z nowej perspektywy już nie wydawała się obca, a symbolika całego obrazu nabierała sensu. Nastolatka zmrużyła oczy. Miała wrażenie, że krawędzie gobelinu zaczynają się delikatnie rozmywać; czarnym ptakom u boku Aeis łagodnie falowały pióra, a groteskowe twarze wizerunków słońca i księżyca coraz bardziej się wykrzywiały. Stała tak otumaniona, kiedy na ramieniu poczuła dłoń Daniela.
– Chodź – powiedział cicho, lecz stanowczo.
To było dziwne doświadczenie. Schodząc po kolejnych stopniach wąskiego korytarza, słyszała wyraźnie każdy stawiany krok, każdy jego wędrujący po ścianach pogłos oraz każdy nerwowy oddech Daniela za swoimi plecami. Zapach powietrza nabrał dziwnej wyrazistości, a opuszkami palców czuła dokładną chropowatość powierzchni muru, którego się podtrzymywała. Nagle zatrzymała się, zafascynowana doznaniami dotyku faktury ściany. Jej zmysły wyjątkowo się wyostrzyły, lecz ona sama była jak w transie. Zaczęła wodzić palcami po szczelinach, z których wydobywały się chłodne podmuchy zewnętrznego powietrza, przyjemnie muskające skórę.
– Julia. – Szept Daniela zawibrował w jej uchu. – Na Boga, skup się. Cholera, powinienem był dać ci najwyżej połowę tego prochu.
Nastolatka raptownie odwróciła się do rozmówcy. Zaskakująco śmiało popatrzyła w jasne oczy chłopaka, które w otaczających ciemnościach przypominały jej dwa mieniące się kamienie szlachetne. Wcześniej nie odważyłaby się tak pewnie i tak blisko skonfrontować z młodzieńcem. To spojrzenie ani trochę nie przypominało jej dotychczasowego, zawsze spłoszonego i pełnego zażenowania wzroku. Uśmiechnęła się.
– Spoko. Jest dobrze – wypowiadała ostrożnie poszczególne słowa, zaskoczona ich dziwnym, wielowarstwowym brzmieniem w głowie. – Nie jest mi zimno i wcale się nie boję. Czuję się wręcz... bosko. – Ostatni wyraz ozdobiła dźwięcznym chichotem, jednak młodzieńcowi wcale do śmiechu nie było. Ten nagły wzrost pewności siebie u dziewczyny paradoksalnie zaczął go niepokoić. Stawała się nieprzewidywalna i tracił nad nią kontrolę.
Julia faktycznie czuła się nieziemsko. Wiedziała, co prawda, że doświadcza efektu działania tajemniczej tabletki, jednak świadomość ta nie była w stanie podważyć jej nadspodziewanej śmiałości. To przypominało trochę upojenie alkoholem, jednak z efektem odwrotnym do przytępienia zmysłów czy spowolnienia refleksu. Podobało jej się to. Miała wrażenie, że całe dotychczasowe życie było jedynie przygotowaniem do tego kluczowego epizodu, który lada moment przeistoczy ją z szarej nastolatki w główną bohaterkę patetycznej historii. I tym samym zmieni dalszy bieg dziejów, oczywiście.
Kiedy dotarli do zrujnowanych krużganków, na dziedzińcu tłum kapłanów wyczekiwał już nadejścia bogini. Julia przywołała w pamięci poprzedni wieczór i wzdrygnęła się na wspomnienie swojej ówczesnej niewiedzy. Zadarła głowę ku ciemniejącemu niebu. Kamienna Aeis wciąż wzbudzała podziw rozmiarami i majestatem, jednak dopiero w świetle dnia uwidaczniał się sędziwy wiek posągu. Z licznych pęknięć wyrastały martwe źdźbła i liście, a im wyżej sięgał wzrok, tym więcej można było doliczyć się niechlubnych ptasich ozdobników. Pomimo tych brutalnych oznak przyziemności, z niewzruszonej twarzy bogini biła duma i potężna wewnętrzna moc, które wzbudziły w Julii nieopisany respekt i pokorę. Ktokolwiek wieki temu wyrzeźbił ten kamienny cud, musiał posiadać talent godny samego Pigmaliona*.
– Znowu się zawiesiłaś – westchnął Daniel i z wyraźnym poirytowaniem pociągnął dziewczynę za rękę. Jego dłoń była lodowato zimna, a uścisk mocny. Z bezwiedną przyjemnością pozwoliła mu się prowadzić wzdłuż korytarzy krużganków, aż zeszli na ostatnie piętro. Tam jednak ominęli główne zejście na dziedziniec, z którego Julia miała okazję przekoziołkować poprzedniego wieczoru, i podeszli pod wielki marmurowy blok od drugiej strony placu. Był na tyle duży, że całkowicie zasłaniał tłum wiernych zgromadzonych na dole.
Już z daleka dostrzegli zakapturzonego mężczyznę w równie eleganckich co Daniel szatach, który czekał, opierając się o błyszczącą ścianę marmuru. Kiedy tylko usłyszał zbliżające się kroki, zerwał się na równe nogi, następnie odsłonił głowę i prędko skłonił się tak głęboko, że siwe kosmyki włosów zupełnie zakryły mu twarz. Daniel w stosunku do niego uczynił to samo.
– Eminencjo, najświętsza bogini jest gotowa odprawić błogosławieństwo – rzekł z powagą chłopak, przerywając krępującą ciszę.
– Witaj, najjaśniejsza pani. – Mężczyzna był wyraźnie zdenerwowany. – To największa dla mnie radość gościć cię w najstarszej ardmorskiej świątyni wzniesionej ku twojej czci. – Julia rozpoznała w rozmówcy starca, za którego kościelnym głosem zawędrowała tu dzień wcześniej. – Nazywam się Elmud Negwar, pani, pełnię zaszczyt bycia pierwszym arcykapłanem enklawy – mimo poruszenia mówił powoli, tonem mentorskiego kazania, lecz z pokorą. – Pragnę przeprosić cię dozgonnie za nietaktowne powitanie dnia wczorajszego. Twój powrót, najświętsza, tak bardzo wyczekiwany od lat, stanowi dla dzieci twych błogosławieństwo samo w sobie. Racz zatem wybaczyć brak zorganizowania minionego wieczoru, kiedy twoje nowe ziemskie ciało odmówiło posłuszeństwa. – Pozostał w ukłonie, co wytworzyło niezręczną ciszę w oczekiwaniu na reakcję dziewczyny.
– No... Nic nie szkodzi – wybąkała, lecz po karcącym spojrzeniu Daniela wywnioskowała, że nie tędy droga. – Jednak ja... Byłam bardzo zmęczona. Podróżą. I nowym ciałem. Ale tym razem wybaczam wam – dodała z delikatnie władczą nutą w głosie, jednocześnie zastanawiając się nad pojęciem tego „nowego ciała”. Nie czuła się komfortowo z płaszczącym się przed nią człowiekiem, który równie dobrze mógłby być jej dziadkiem. W teorii była teraz boginią, ale... Czy siwobrody naprawdę wierzył w prawdziwość jej inkarnacji?
Starzec wyprostował się i uśmiechnął, obdarzając nastolatkę przyjaznym spojrzeniem pełnym ciepła oraz dziwnej wyrozumiałości, jakby to on właśnie wybaczał swojej rozmówczyni nieprofesjonalność w byciu boginią. Mężczyzna zdawał się zaglądać do samej głębi jej duszy, niemal na wskroś przeglądając jej tajemnice, i gdyby nie działanie cudownej tabletki, Julia zapewne w mig okazałaby lęk przed wykryciem prawdy. Z lekkim trudem odwzajemniła uśmiech.
– Dziękuję, pani. Proszę pozwolić mi rozmówić się chwilę z bratem Danielem na tematy organizacyjne – rzekł spokojnie mężczyzna, na co nastolatka skinęła głową. Sędziwy kapłan ponownie odpowiedział uśmiechem, a następnie zwrócił się do Daniela, obejmując go przyjacielsko ramieniem. – Jesteśmy gotowi na rozpoczęcie ceremonii. Przygotowałem aktualną listę duchownych w świątyni, którzy czekają na błogosławieństwo... – Podał chłopakowi zwinięty rulon papieru. Dalej rozprawiał o innych szczegółach przygotowań, jednak Julia już ich nie słuchała. Podeszła do gładko wypolerowanej ściany marmurowego bloku, zafascynowana swoim odbiciem.
Jasna tafla kamienia ukazywała młodą dziewczynę z wysoko uniesioną głową i okrągłymi, szeroko otwartymi oczami. Ciemne, lekko falujące włosy okalały bladą twarzyczkę, spływając do zakrytych płaszczem ramion. Postać w odbiciu delikatnie zsunęła wierzchnie odzienie, które opadło na ziemię. Wcale nie czuła zimna. Po chwili zdjęła również i buty, a gołe, ozdobione złotymi bransoletami stopy spoczęły na chłodnej posadzce. Białe nogi oraz ręce dziewczęcia stapiały się w ściennym zwierciadle z bielą półprzeźroczystej tkaniny, czyniąc postać ulotną zjawą, której biżuteria połyskiwała jak magiczne iskierki. Julia widywała swoje odbicie już tysiące razy, jednak dopiero teraz po raz pierwszy ujrzała tam naprawdę siebie.
– Och, Danielu, bracie drogi, skąd tyleż w tobie powagi i spięcia? – Dotarł z tyłu głos rozbawionego staruszka. – To pora, aby się radować z tej niezwykłej okoliczności, o której wielu z nas nawet nie marzyło. – Elmud machnął ręką: – A zresztą, od kiedy pamiętam, pełno w tobie było tej całej sztywności i zbytniej estymy do wszystkiego, a przecież to ty ciągle jesteś młody, podczas gdy dusza moja z roku na rok tylko wysycha. – Arcykapłan zerknął na młodą boginię i zamilkł, widząc ją teraz w pełnej okazałości. – Bracie ze Shyadu... – zaczął, nie czekając już na odpowiedź wzburzonego poprzednimi zdaniami młodzieńca. – Aż dziw bierze, że w tę drobną istotę przeistoczyła się taka potężna moc. A ona dopiero będzie się przebudzać! Trwogą napełnia mnie wyobrażenie momentu, w którym to nastąpi. Spójrz na naszą boginię, Danielu, i raduj oczy tym widokiem. Kto wie, kiedy zawita do nas następnym razem... – Elmud uśmiechnął się pod nosem i dziarsko poklepał zmieszanego młodzieńca po plecach, po czym odszedł na dziedziniec, czyniąc wcześniej delikatny ukłon w stronę Julii. Pogrążona w swoim świecie dziewczyna nawet się nie zorientowała, kiedy ponownie zaczepił ją Daniel.
– Hej, bogini, już pora – rzekł młody kapłan, wyraźnie podenerwowany rozmową ze starcem. Jak miał się radować, skoro cała ta inscenizacja była jedynie mydleniem oczu w celu ratowania własnej skóry! Nikt poza nim samym i półprzytomną w tym momencie nastolatką nie zdawał sobie sprawy z faktycznej wagi tej absurdalnej sytuacji. Żadna Aeis nie pojawiła się w Ardmorze, żadna bogini nie obdarzy łaską swoich najwierniejszych sług. W dodatku coraz bardziej irytował go fakt, że sama zainteresowana przestawała podchodzić do sprawy na poważnie.
– Daniel... Ale ja mam brązowe włosy – odparła nieobecna dziewczyna, jakby była szczerze zaskoczona tym faktem. – A Aeis była blondynką.
Chłopak powoli nabrał powietrza, aby się uspokoić. W końcu Julia to tylko zwykła nastolatka, w dodatku częściowo naćpana tutejszym specjałem. Ma prawo nie wiedzieć, nie domyślać się, zadawać pytania, upewniać się na wszystkie sposoby oraz czynić pseudobłyskotliwe spostrzeżenia.
– Twoje ciało to tylko pojemnik na boską duszę. Aeis może przybrać dowolną postać, ale przyjmuje się, że bogom najprościej wcielać się w już istniejące osoby. Masz być Julią, w której nagle obudziła się bogini. Zawładnęła twoją duszą i stopniowo ją pochłania. Rozumiesz?
– Nie do końca. Ale łapię ideę – rzuciła beztrosko, cały czas wpatrzona w ścienne odbicie. W swoim obecnym stanie była skora uwierzyć, iż naprawdę weszła w nią dusza Aeis, i to bogini będzie teraz wygłaszać przemowę, a nie jej marna naśladowczyni. Kto naprawdę spoglądał na nastolatkę z kamiennego lustra? Po której stronie stała prawdziwa Julia? Szczęśliwie dziewczyna nie była teraz w stanie nad tym kontemplować. – Chodźmy – odparła śmiało, a Daniel odetchnął z ulgą.


Na piedestale przed zgromadzonymi umieszczono szerokie krzesło z ciemnego drewna, grubo pokryte eleganckimi tkaninami o przeróżnych wzorach. Mebel najwyraźniej pełnił rolę przygotowanego w pośpiechu tronu dla bogini. Po obu jego stronach z podłużnych kamiennych wazonów wydobywały się okazałe płomienie, obdarowujące niemrawym ciepłem nagą skórę Julii, teraz całą pokrytą gęsią skórką, mimo iż ona sama nie odczuwała zmian temperatury wokół siebie.
Naprzeciwko setki par oczu z podekscytowaniem i bezgraniczną ciekawością wpatrywały się w tę drobną niewiastę, w której ciało zstąpiła dusza wielkiej bogini. Młode i stare twarze mnożyły się jej w oczach i mieszały w jedną bezkształtną masę. Na całym dziedzińcu słychać było jedynie gwiżdżący w kamiennych szczelinach wiatr. Nawet chmary ptaków spoczywające na szczytach ruin jakby specjalnie na tę okazję umilkły w wyczekiwaniu na pierwsze słowa. Julia była przekonana, że gdzieś wśród tej masy czarnego pierza chowa się przeklęta wrona, która poprzedniego dnia spowodowała cały zamęt. Zadarła głowę i obraz wysokich murów lekko jej zawirował. Olbrzymia Aeis z kamienia wznosiła się tuż za tłumem duchownych. Twarz miała skierowaną ku niebu, jednak dziewczyna mogła przysiąc, iż puste oczy rzeźby obserwowały ją uważnie.
To było trochę jak pierwszy dzień w nowej szkole, z tą jednak różnicą, że tutaj Julia nie sprawiała już wrażenia szarej i zagubionej myszki. No i nie było Angeliki. Och, wiele by oddała, aby zobaczyć, jak ta ekscentryczna optymistka zjednuje sobie zakapturzone duchowieństwo albo wręcz zajmuje jej miejsce w pretendowaniu do bycia boginią. Wydawało się, iż jasnowłosa i wygadana piękność pod każdym względem nadawałaby się do tej roli lepiej niż niewysoka i nieśmiała Julia, dla której samo nawiązywanie nowych znajomości stanowiło wyzwanie, a co dopiero mówić o publicznym wystąpieniu.
Nastolatka spuściła wzrok i nie pozwoliła, aby jej pewność siebie zachwiały absurdalne jak na tę chwilę myśli. Swoje spojrzenie zatrzymała na stojącym w pierwszym rzędzie i bladym niczym marmurowa ściana Danielu, lecz szybko przemknęła wzrokiem gdzie indziej, nie mogąc znieść zmrużonych w skupieniu oczu młodego kapłana, które śledziły każdy jej najmniejszy ruch. Obok niego stał sędziwy Elmud, który z kolei spoglądał na swoją boginię z zaskakującym spokojem.
I wtem w głowie Julii zabrzmiały niedawne słowa arcykapłana, którymi nazwał wiernych Aeis jej dziećmi. Dzieci... Skądś kojarzyła ten zwrot, ktoś już z podobnym ciepłem w głosie mawiał w ten sposób. Podświadomość przywołała wspomnienia wczesnych lat szkolnych wraz z obrazem jej mamy jako wychowawczyni klasy czwartej B, stojącej przed uczniami i z uśmiechem mówiącej „Moje kochane dzieci...”. Nauczycielka zawsze zwracała się do swoich małych podopiecznych tonem prawdziwie matczynego uczucia, co z jednej strony powodowało u dziewięcioletniej Julki lekką zazdrość, z drugiej zaś wzbudzało we wszystkich uczniach poczucie przywiązania i bezgranicznej ufności. Tak, to był jeszcze ten wiek, kiedy postać nauczyciela stanowiła dla nich autorytet, a dla niektórych nawet i wypełnienie luki domowego ciepła. Dobra, wyrozumiała i zawsze gotowa, by wysłuchać – taka właśnie była dla swoich pociech mama Julii.
Dziewczyna posmutniała na myśl o domu, od którego dzieliły ją nie tyle tysiące kilometrów, co prędzej eony wymiarów, a którego mieszkańcy nie mieli zielonego pojęcia, jak bardzo wywróciło się do góry nogami życie ich córki w ciągu zaledwie kilku ichniejszych minut.
Młoda bogini wzięła głęboki oddech, rozpostarła ręce, wciąż mocno trzymając złote berło, i, wbijając wzrok w kamienną twarz Aeis, wykrzyknęła pełnią swoich sił:
– Moje kochane dzieci! – Echo jej głosu rozprzestrzeniło się po każdym zakamarku świątyni, a wewnątrz jej głowy rozbrzmiało chaosem tysiąca dzwonów kościelnych. W tym momencie nikt nie śmiał już się odezwać czy odwrócić wzroku. Odczekała kilka sekund, układając chaotycznie latające myśli w słowa. – Widzimy się znowu po długiej przerwie i chociaż wiem, że dla was minęło... tysiąc pięćset lat, sama mam wrażenie, jakby to było ledwie wczoraj... – Chwilę zawahała się w zastanowieniu, czy przypadkiem nie pomyliła liczby. Starała się mówić głośno, wyraźnie i bardzo powoli. O tym zawsze przypominała jej mama przed szkolnymi wystąpieniami. – Poczułam, że mnie potrzebujecie. Poczułam, że macie... problemy. Moi, yy, drodzy. Jestem tu teraz dla was. Pamiętajcie, że z każdą sprawą możecie się do mnie zwrócić, a ja chętnie wysłucham i pomogę. E...
Czy przypadkiem nie przeginała z konwencją? Chociaż bardzo starała się powstrzymać, zerknęła mimowolnie na duchownych. Mieli już inne wyrazy twarzy. Wyczuła w nich podejściu zmianę, lecz nie była w stanie odczytać ich myśli. Lęk jednak nadal nie się nie pojawiał, toteż kontynuowała:
– Dzieci moje! – Przypomniała sobie o gestykulowaniu złotą laską i zaczęła nią trochę machać. – Przyszłam tu, aby dać wam prawdę. Bądźcie szczerzy wobec siebie, choćby nie wiem co, a w waszych sercach zagości wielka radość. Szczerość to podstawa! – Stuknęła berłem o podest. – Do szczęścia! Właśnie dzięki niej tysiąc pięćset lat temu pokonaliśmy zło fałszu! – krzyknęła, nadając swojemu głosowi groźny ton.
Jeny, co za lanie wody, pomyślała z niesmakiem. Twarze kapłanów pozostawały jednak niewzruszone i nie sposób było zinterpretować ich emocji. A co tam, jeszcze tylko parę zdań i będzie po wszystkim. Przypomniała sobie teraz kilka fragmentów z mitologii Per'imu.
– Kochani! Ja, bogini prawdy, przynoszę wam dobre słowo, które jest moim głównym orężem. Ja, mieszkanka Per... Per'imu, stworzę wam namiastkę nieba na ziemi. Ja, żona... Aegona, będę chroniła życia wszystkich istot, zanim odejdą w jego objęcia. Ja... – Wtem olbrzymi posąg Aeis zmarszczył brwi, a usta wydęły się w wielkim gniewie. – Ja...
Julia zamilkła. Z wytrzeszczonymi oczami i wpół otwartą buzią wpatrywała się w statuę bogini, rzucającą jej pełne nienawiści spojrzenia. Czy to było przywidzenie? Efekt tabletki? Nie, to zdawało się aż nazbyt realne. W twarzy Aeis poruszały się prawdziwe mięśnie; brwi osuwały się nisko, oczy mrużyły, a wargi to zaciskały, to obnażały kamienne zęby, jakby tymi przerażającymi, bezdźwięcznymi ruchami chciała wysyczeć groźby w kierunku nastoletniej oszustki.
Dziewczyna musiała wyglądać jak zaklęta, choć trwało to zaledwie kilka sekund. Cokolwiek widziała, nie mogła teraz zwątpić i przerwać. Nie mogła okazać cienia strachu w mimice i ruchach. Zmrużyła oczy, ścisnęła mocniej berło i, wystawiając je przed siebie, skierowała bezpośrednio na rzeźbę bogini i, niczym rzucając jej wyzwanie, dokończyła:
– ...Jakem Aeis! – Po dziedzińcu powędrował najgłośniejszy krzyk, jaki kiedykolwiek wydobyła z gardła. Prosto w Aeis, której twarz ponownie ogarnęła martwa pustka. Julia oddychała szybko, a serce waliło jej jak szalone. Nie była już pewna, czy minione zjawisko stanowiło marę, czy prawdziwe zdarzenie. Była żywo zaskoczona swoją odwagą, choć teraz kolana zrobiły jej się miękkie. Przez moment miała wrażenie, że na wielkim dziedzińcu nie ma nikogo poza nią i boginią. Ale teraz nadszedł moment prawdy. Spuściła wzrok na wiernych.
Jasne oczy Daniela były szeroko otwarte, a na jego czole widniały krople potu. Zgromadzeni wokół kapłani wyrażali swoimi twarzami dziesiątki różnych emocji. Na niektórych zastygły uśmiechy, inni stali jak zahipnotyzowani, jeszcze inni z powagą ściągnęli brwi, jakby analizując zasłyszane właśnie słowa. Z tyłu zaczęły dobiegać niewyraźne szepty, które po chwili ogarnęły całe zebrane duchowieństwo. Julia nie wiedziała, co teraz ma zrobić, a nie mogła dosłyszeć ich rozmów. Spojrzała rozpaczliwie na starego arcykapłana, który jako jedyny uśmiechał się ze spokojem. Jak na wezwanie, podniósł obie ręce do góry i rzekł:
– Cześć i chwała bogini Aeis!
Po chwili zawahania, ktoś z tyłu podjął kilka razy głośniej:
– Cześć i chwała!
– Wielka Aeis!
– Dziękujemy!
Momentalnie większość zebranych zaczęła skandować imię bogini. Byli i tacy, którzy najwyraźniej niepewnie dołączali się do grupy, lecz im więcej głosów wykrzykiwało ku chwale Aeis, tym więcej entuzjazmu rodziło się w tłumie. Ci, którzy się nie odzywali, wymachiwali radośnie rękami. Julia uśmiechała się do nich, po części z zaskoczenia, po części z satysfakcji, a po części bezwiednie, gdyż liczne krzyki ze zdwojoną wyrazistością trafiały do jej uszu i trochę ją oszałamiały. Zdołała jednak zauważyć, iż Daniel stał zupełnie bez ruchu, jako jeden z nielicznych, jakby pogrążony w melancholii i wpatrzony w martwy punkt przed siebie. Julia zwróciła wzrok z niego bezpośrednio na Elmuda, a ten skinął głową, dając znak. No tak, pora na ten nudny etap.
– Już czas – szepnął arcykapłan do chłopaka, a ten się otrząsnął, niczym zbudzony ze snu. Po chwili Daniel klęczał przed Julią, spuściwszy głowę bez zerkania jej w oczy. Dziewczyna z pełnią powagi, choć odrobinę zawstydzona przybraną przez niego pozą, przyłożyła delikatnie berło do jego ramienia, mówiąc:
– Danielu ze Shyadu... W podzięce za twą wieloletnią służbę i oddanie... Mianuję cię arcykapłanem tej świątyni wzniesionej ku mej czci. Tym samym błogosławię cię słowem prawdy i pokoju.
– Dziękuję, to dla mnie zaszczyt – odparł młodzieniec, lecz głosem tak cichym, że mogła go dosłyszeć tylko Julia. To trochę zbiło ją z tropu. Dlaczego tak jej powiedział? Komu naprawdę dziękował? Przez to zdezorientowanie nastolatka znów ledwo się powstrzymała, aby odruchowo nie palnąć „nie ma za co”.
Z ulgą w sercu usiadła na prowizorycznym tronie. Poczuła na swoim ciele przyjemne ciepło miękkich tkanin oraz płonącego po bokach ognia. Zaczęły przechodzić ją dreszcze. Do tego momentu nie przypuszczała, że było jej tak bardzo zimno. Świeżo mianowany arcykapłan stanął po jej prawicy, trzymając w ręku listę wiernych, mających dostąpić zaszczytu błogosławieństwa. Duchowni w tym czasie, niczym grzeczni uczniowie, ustawili się w spisanej kolejności, co wyjątkowo rozbawiło Julię, zwłaszcza w kontekście inspiracji do jej przemówienia.
Pierwszy przed jej obliczem stawił się siwobrody Elmud. Ponownie obdarował Julię uśmiechem, ale także i tym przeszywającym spojrzeniem, którym zdawał się wyczytywać z jej twarzy każdą myśl. Z wyraźnym grymasem bólu uklęknął, podpierając się ręką, i wtedy Julia uświadomiła sobie, że starzec już wcześniej kulał na jedną nogę. Poczuła nagły przypływ troski i nieokreślonych emocji. Zdążyła przecież zamienić ze starcem tylko kilka słów, a już darzyła go wielką sympatią i miała wrażenie, że jest osobą całkowicie godną zaufania.
– Elmudzie Newrarze. Błogosławię cię, synu mój, słowem prawdy i pokoju – powiedziała ciepło.
Przez kolejne dwie godziny ta powtarzana do znudzenia formułka zamieniła Julię w półautomat. Daniel wyczytywał imiona wiernych, którzy po kolei wchodzili na piedestał, klękali przed boginią, po błogosławieństwie odchodzili i scenka odtwarzała się na nowo. Jednak każdy z nich na swój własny sposób doznawał uhonorowania. Agis Berdar, najwyżej szesnastoletni blondyn o okrągłej twarzy i pulchnym ciele, tak bardzo przeżywał konfrontację z boginią, iż Julia miała poważne obawy, czy nie zemdleje. Z kolei Filip Lor'ryn, potężny mężczyzna o mięśniach zamiast szyi, powtarzał w transie modlitwę w jakimś obcym języku i uronił przynajmniej dwie łzy, kiedy berło dotknęło jego twardego ramienia.
Jedni kapłani byli zaskakująco młodzi, inni mieli egzotyczne rysy i ciemniejsze barwy skóry. Przeważali jednak bladzi staruszkowie, którzy pochłaniali Julię wzrokiem, jakby faktycznie od lat nie widzieli żadnej przedstawicielki płci pięknej. Przy nich czuła się najbardziej skrępowana i niepewna, choć szczęśliwie to właśnie oni byli w największym stopniu przekonani o prawdziwości młodej bogini.
Czas mijał i mijała także ekscytacja wynikająca z pomyślnego początku ceremonii. Młoda bogini odczuwała coraz większy chłód i z coraz większą trudnością powtarzała nazwiska kolejnych kapłanów. Przy niektórych naprawdę można było połamać sobie język.
– Sergiusz Fargarath! – wyczytał Daniel, kiedy wysoki mężczyzna o czarnych jak smoła włosach wchodził na podest. Na jego obliczu próżno było szukać podekscytowania czy radości. Wręcz przeciwnie; klękając najpierw rzucił Danielowi zawistne spojrzenie, a następnie obdarzył Julię pełnym podejrzeń wzrokiem ciemnych oczu, które badawczo obserwowały jej ruchy. Dziewczyna zawahała się. Gęste, czarne brwi, wąsy i równy zarost zwieńczony szpiczastą kozią bródką czyniły twarz kapłana w świetle płomieni podobną do samego diabła. Przestraszyła się tego spojrzenia, które bezwzględnie zdawało się mówić: nie przekonałaś mnie, moja droga.
Lekko drżącym głosem pobłogosławiła mężczyznę, który następnie bez słowa skłonił się i odszedł, zdoławszy już zasiać w Julii ziarno zwątpienia.


Pozostałych błogosławieństw Julia udzielała już coraz bardziej zmęczonym i zrezygnowanym tonem. Nie mogła się skupić, a jej myśli zaprzątała podejrzliwość czarnowłosego kapłana. Wystarczyła tylko jedna osoba, tylko jedno słabe ogniwo, aby wprowadzić zamęt i wykryć kłamstwo. I co oznaczała jego wyraźna niechęć do Daniela? Lęk ją ogarnął, kiedy pomyślała, że teraz najmniejsze potknięcie z ich strony jest niedopuszczalne. Dzień się jeszcze nie skończył, a działanie białej tabletki wygasło.
Nie czując już rąk i stóp, uhonorowała ostatniego kapłana. Następnie Elmud przewodził recytacji jakiejś modlitwy, wygłosił własną, tak samo nużącą jak ostatnio przemowę, a całą uroczystość ukoronował chorał odśpiewany przez kilkudziesięciu kapłanów, w tym barczystego Filipa, który ponownie uronił kilka łez. Julia siedziała na swoim tronie i bardzo starała się nie ziewać. Co jakiś czas jej wzrok padał na tajemniczego mężczyznę i niepokój wracał niczym uciążliwy ból zęba. Kapłan również sporadycznie obserwował dziewczynę, tak samo podejrzliwie jak wcześniej, z wyraźnym niezadowoleniem na twarzy. Nie przypadła mu do gustu nowa inkarnacja Aeis, przynajmniej co do tego Julia nie miała najmniejszych wątpliwości.
Na zakończenie ceremonii stary arcykapłan skłonił się przed jej obliczem:
– Pani najświętsza, czy zechcesz towarzyszyć arcykapłaństwu w uroczystej kolacji? – Na słowa te prawie zaburczało jej w brzuchu. Z jednej strony pragnęła jak najszybciej znaleźć się w swojej kamiennej klitce i odetchnąć w samotności, z drugiej zaś nie chciała przepuścić okazji uczestniczenia w odświętnej uczcie rodem ze średniowiecza. Była zbyt ciekawa oraz zbyt głodna.
Duchowni zaczęli opuszczać dziedziniec, czyniąc głębokie ukłony i pragnąc nacieszyć się widokiem bogini jak najdłużej. Czekała niecierpliwie, aż znowu zostanie sam na sam z Danielem, bo przecież nie było jeszcze okazji, aby usłyszeć jego komentarz. Trwało to całe wieki, ale w końcu jako Elmud jako ostatni podążył za kordonem wiernych i zostawił młodego arcykapłana z boginią. Oparła się na fotelu i głęboko westchnęła.
– Jezu, nie wierzę, że to już koniec... Jestem koszmarnie wymęczona, ale i koszmarnie głodna – rzekła, wyraźnie się rozluźniając. Chłopak jednak milczał. Spojrzała na niego. – Daniel, jak było? Chyba się udało, co nie?
– To się okaże – odpowiedział jej sucho. Po wyrazie jego twarzy wywnioskowała, że młodzieniec bije się z jakimiś myślami. Posmutniała.
– Czy źle wypadłam? Starałam się najbardziej, jak potrafiłam, chociaż przyznam, że trochę nie myślałam po tej tabletce. Co w niej właściwie było?
– Nie, nie wypadłaś źle. To było raczej... zaskakujące. – Daniel trochę plątał się w słowach, co mocno ją zdziwiło. – Pod sam koniec myślałem, że nie dajesz rady. Wszystkim się jednak zdało, że wstępuje w ciebie moc Aeis. To było ryzykowne, ale efektowne. – Na jego włosach odbijał się tańczący blask płomienia. Młodzieniec przyjrzał się dziewczynie uważnie.
Julia wolała nie mówić mu o nagłym ożywieniu się posągu. Rzeźba od minionego incydentu nie zmieniła się nawet na chwilę, zatem może faktycznie było to tylko przywidzenie. Chciała zresztą sprawić przed młodzieńcem wrażenie, jakoby umyślnie odegrała całą scenę. Nie usłyszała co prawda od niego spodziewanych komplementów, ale to jej wystarczyło. Zmieniła zatem temat.
– Słuchaj, a ten koleś... Z czarnymi włosami i kozią bródką. Widziałeś, jak on się patrzył? Co, jeśli nas nakrył?
– No tak, Sergiusz... – Daniel zacisnął zęby. Zaczął powoli chodzić z miejsca na miejsce. – Póki co nie miał na czym nas nakryć. Tylko zapewne zauważyłaś, że nie darzy mnie szczególną sympatią.
– Mnie chyba też nie – powiedziała, starając się nadać głosowi żartobliwy ton. – A co się między wami wydarzyło?
– Sam nie wiem do końca – odparł młodzieniec, niechętnie ciągnąc temat. – Mało o nim wiadomo. Pojawił się tu w wieku trzynastu lat, niby jako przybłęda, ale często wykorzystuje każdy pretekst, aby opuścić świątynię i znika na całe miesiące.
– Nie żeby coś, ale ty też się ulatniasz na całe lata – parsknęła Julia, lecz po chwili spoważniała. Daniel nie był raczej partnerem do żartów. – Ej, a jeśli on też mieszka w naszym świecie?
– Bez obaw, facet starzeje się w normalnym tempie. Od kapłanów w świątyni nie wymagamy relacjonowania wydarzeń ze swojego życia, ale mimo to nikt nie kryje się tu ze swoją prywatnością. Poza właśnie Sergiuszem.
– Może ee... ma żonę i dzieci?
– Nie wydaje mi się. Nie stosujemy tu celibatu, nawet kilkoro braci ma jakieś żony, chociaż mało kto odwiedza swoje rodziny częściej niż dwa razy w roku.
– No ale nikogo to nie zdziwiło, że on tak znika?
– Pielgrzymuje. Odwiedza inne świątynie, przekazuje wiadomości, zbiera nowych wiernych i tak dalej. Jest bardzo aktywny. Wiemy jednak z innych źródeł, że swoje zadania wykonuje błyskawicznie, a potem słuch po nim ginie. Ale poznałaś już jego eminencję Elmuda Negwara, zatem wiesz, że pierwszy arcykapłan naszej enklawy jest dosyć... wyluzowany. Macha na to ręką. Tak długo, jak Sergiusz wypełnia swoje obowiązki, Elmud będzie zadowolony. A jak już wspomniałem, facet jest mocno aktywny.
– No ale dlaczego cię nie lubi? – Julii nie dawało to spokoju. Daniel przystanął i westchnął.
– Kiedy poznałem go, miał ledwie czternaście lat. Wiesz, w teorii to było jakieś osiem dni temu naszego czasu. Już wtedy przysiągł służyć Aeis z największym oddaniem. Przy moich kolejnych odwiedzinach był zaledwie rok ode mnie młodszy, a już mianowano go kapłanem drugiego stopnia. To naprawdę rzadki przypadek. Teraz ma dwadzieścia dwa lata i najwyższą rangę kapłańską. Jeszcze muszą minąć trzy, aby mógł uzyskać stopień arcykapłana.
– Ale ty sam masz zaledwie dziewiętnaście – zdziwiła się.
– No i tu chyba tkwi problem. Przybywam tu na tyle rzadko, że starszej części duchowieństwa wydaję się wieczny, mimo iż zdają sobie doskonale sprawę z mojego faktycznego wieku. Uznali jednak, że najwyraźniej spędziłem tu odpowiednio dużo czasu, a mój umysł, który przecież pamięta ich poprzedników, dojrzał do statusu arcykapłana. Pomijam już fakt całego mistycyzmu, którym otaczają mój kontakt z innym światem.
– A Sergiusz się z tym nie zgadza?
– Dokładnie. W jego oczach nie zasługuję na ten honor, bo podczas gdy on całymi latami ciężko pracował i przegonił mnie wiekiem, ja zjawiałem się sporadycznie, traktowany niemal jako gość. Tak przynajmniej przypuszczam.
– Ale dlaczego w takim razie nie lubi też mnie?
– Nie wiem, on w stosunku do wszystkich jest podejrzliwy. Miej się po prostu na baczności. A teraz lepiej już chodźmy – dodał prędko.
Julia skrzywiła się. „Miej się na baczności”... Łatwo powiedzieć, pomyślała. Daniel przynajmniej nie musi udawać kogoś, kim nie jest. Niechętnie wstała i poszli za marmurowy blok, gdzie leżał jej płaszcz oraz buty. Młodzieniec bez słowa podniósł palto i elegancko podał je Julii.
– Powiedz mi jeszcze – zaczęła nieśmiało – dlaczego wszyscy tutaj mają normalne imiona i nazwiska, a ty jesteś Danielem z jakiegoś Shyadu? Masz przecież własne nazwisko. O co chodzi? – spytała, zakładając buty, choć była lekko zakłopotana, bo za nic nie potrafiła sobie przypomnieć, jak faktycznie nazywał się chłopak.
– A, no tak. Miałem nadzieję, że się domyślisz. Shyadem nazywają tutaj nasz świat.
– Och, po prostu. – Julia była trochę zawiedziona. – A od jak dawna w ogóle tu podróżujesz? No bo ciągle słyszę, że poznałeś wszystkich, jak byli jeszcze młodzi, albo że znałeś ich poprzedników. Kiedy to się zaczęło?
– Ponad rok temu. Chodź już. – Twarz Daniela powoli znów przybierała wyraz poirytowania. Już wcześniej dziewczyna zdążyła zauważyć, iż był to dla niego drażliwy temat. Co przed nią ukrywał i dlaczego? Nie potrafiła jednak odpuścić:
– Jak odkryłeś to miejsce?
– Nie mam ochoty o tym rozmawiać – powiedział rozgniewany i ruszył wzdłuż krużganków. Julia podreptała za nim w milczeniu. Poczuła się trochę jak zbity pies, chociaż w jej pytaniu nie było nic niestosownego. – Julio... – Daniel zaczął po kilku chwilach już spokojniejszym tonem – kiedyś może ci powiem. Na chwilę obecną mogę rzec ci tylko jedno: jesteś stanowczo zbyt ciekawską osobą i jeśli nie przystopujesz w niektórych kwestiach, to, słowo daję, Aeis jedna wie, gdzie cię to może jeszcze zaprowadzić.

~*~
*Pigmalion - mityczny król Cypru, a zarazem rzeźbiarz, który tak mocno zakochał się w wyrzeźbionej przez siebie pięknej kobiecie, iż Afrodyta postanowiła ją ożywić.

- Copyright © Aeis: Fałszywa Dusza ~~ opowiadanie fantasy - Powered by Blogger - Base theme designed by Johanes Djogan -