12.05. - Nowy rozdział już jest! Miłego czytania! :>

 

Archiwum października 2014

Powrót + zmiany!


Moi Drodzy! Jak widać, srodze przeliczyłam się z tym "wolnym czasem" obiecywanym w poprzedniej notce. Ostatni rok dał mi popalić niemalże pod każdym względem i udowodnił, że planowanie czegokolwiek na dłuższą metę mija się z celem. :)

Niemniej jednak zaciskam zęby i kontynuuję to, co zaczęłam. Zatem bez zbędnych ceregieli: pozmieniałam trochę poprzednie rozdziały i przygotowuję się do pisania kolejnego! W kwestii fabuły wszystko zostaje po staremu, dodałam jednak tu i ówdzie nowe akapity, poprawiłam niuanse, rozszerzyłam niektóre wątki czy zmieniłam słowa/reakcje bohaterów. Jeżeli kiedykolwiek się zastanawialiście czy warto czytać opowiadanie od nowa, to teraz jest na to najlepszy moment. :)

Oczywiście, pouczona minionymi miesiącami, nie mogę dać gwarancji co do terminu ukazania się kolejnego rozdziału, jednak - jak widzicie - jestem uparta i krok po kroku realizuję ten projekt. Postaram się za to w międzyczasie odpowiedzieć na zaległe komentarze. ^^

Do kolejnego wpisu! ;)

ROZDZIAŁ IX



Mocne zapachy słomy, mleka oraz dymu z paleniska wypełniały ciasną izbę na poddaszu. Wymieszane razem z wszechobecną duchotą tworzyły charakterystyczną, dobrze znaną Julii woń wiejskiej chaty. Razem z nią wracały wspomnienia z dawnych lat beztroskich wyjazdów wakacyjnych na wieś do babci. Ganianie za kurami, wyprawy do lasu, szukanie skarbów w strumyku czy spacery po polu przy zachodzącym słońcu, wśród kłosów wyższych niż kilkuletnia Julka – te obrazy przemykały jej teraz przed oczami, jeden po drugim, kiedy leżąc pod prawdziwą pierzastą kołdrą na miękkim wełnianym materacu, upojona gorzkim winem i aromatem dzieciństwa, próbowała zasnąć po wyczerpującej podróży.


Do gospody dotarli wraz z zapadającym zmierzchem, gdy słońce już dawno schowało się za spiczastymi wierzchołkami gór. Na widok domostwa wyłaniającego się spośród błękitnego śniegu Julia odetchnęła z ulgą. Po kilkunastu godzinach niemal nieustannego siedzenia w dość niekomfortowej pozycji, a w dodatku kołysania się na boki od mulego chodu niczym na rozbujanej łodzi, z radością przywitała perspektywę położenia się na płaskiej, miękkiej powierzchni, czy byłaby ona łóżkiem czy jedynie stosem szmat ułożonych na podłodze.
Stary zajazd był stałym przystankiem w wyprawach pielgrzymów kultu Aeis oraz kupców, którzy sporadycznie zaglądali w te najdalsze i, wydawałoby się, zapomniane przez cywilizację rejony Ardmoru. Gospodarstwem zarządzało małżeństwo: tęga, postawna i wiecznie roześmiana kobieta o różowej twarzy i rubasznym spojrzeniu oraz chudy jak patyk, siwy mężczyzna z wąsem gęstszym i dłuższym niż jego broda. Wokół tej cudacznej pary, niczym w pszczelim ulu, biegało liczne potomstwo w postaci pięciu rosłych synów, którzy sprawnie i energicznie wykonywali polecenia rodziców w kwestii ugoszczenia najbardziej niezwykłego gościa, jaki dotychczas zawitał w ich skromne progi – samej bogini.
Najmłodszy z chłopców nie miał więcej niż czternaście lat, a swoją posturą już zdążył przegonić wątło wyglądającego przy nim Daniela. Julia wpatrywała się w młodzieńców jak oniemiała, kiedy podawali jej posiłek, przygotowywali izbę, znosili świeżą pościel czy przesuwali meble w głównym pomieszczeniu, taszczyli na dół wielkie ławy oraz stół po kolacji, a następnie przygotowywali pokój pod sypialnię dla przeszło tuzina duchownych. Wzdrygnęła się na myśl o nocy spędzonej w tłumie chrapiących osobników, lecz na szczęście dla niej przyszykowano oddzielną izbę. Było jej co prawda żal pozostałych, jednak pocieszała się myślą, iż podróżujący regularnie kapłani muszą być przyzwyczajeni nawet do bardziej spartańskich warunków.
Goście byli gorąco wyczekiwani, o czym najlepiej świadczyły upajające głodne podniebienia zapachy, docierające do podróżnych już z daleka. Gospodyni swoją gestykulacją i tonem nie kryła ekscytacji z przybycia do ich domostwa samej inkarnacji bogini, i gdyby nie wzrokowe nagany męża, zapewne byłaby mocno uściskała wątłą nastolatkę. Mężczyzna był znacznie bardziej przejęty sytuacją i za jego przykładem cała rodzina uklękła, pokornie spuściwszy głowy, jak tylko Julia przekroczyła główny próg.
Takiego powitania młoda bogini nie zdołała przewidzieć. Dopiero w momencie, w którym ujrzała siedem płaszczących się przed nią osób, uświadomiła sobie rangę swojej pozycji – oraz kłamstwa. Zwykli, prości ludzie kłaniali się właśnie przed nią, równie przeciętną nastolatką, która jeszcze dwa dni wcześniej ginęła w licznym tłumie kolorowych osobowości. Dopóki otaczała ją kapłańska świta, to całe pełnienie funkcji bogini wyglądało jak jeden wielki spektakl, niczym surrealistyczne marzenie; teraz zaś zaczynała pojmować wpływ swojej roli na otaczającą rzeczywistość. Jest boginią dla ludzi. Jest nadzieją dla biednych. Jest postrachem dla grzesznych. Jest jednym wielkim chodzącym kłamstwem.
Nieprzyjemne ciepło ogarnęło jej ciało, kiedy mijały kolejne sekundy ciszy, a gospodarze domu nie wstawali. Daniel oraz reszta kapłaństwa stali na zewnątrz, toteż musiała poradzić sobie sama. Wyrzuty sumienia torpedowały jej głowę. Najbardziej miała teraz ochotę uciec daleko i schować się przed wszystkimi.
– B-błogosławię to domostwo słowem prawdy i pokoju! – wydusiła jednym ciągiem z niespodziewanym trudem, wymachując niezgrabnie berłem, jakby faktycznie błogosławiła to miejsce jakimś niewidzialnym pyłem. Miała nadzieję, że tego właśnie oczekiwano. – Witajcie!
– Witaj w naszych skromnych progach, o, najświętsza Aeis! – odparł przejęty mężczyzna, po czym reszta rodziny dodała entuzjastycznie chórkiem: – Witaj!
Ucieszyła się, sprawiając radość gospodarzom, lecz w tyle głowy rozgrywała się walka rozsądku z moralnością. No bo czyż sam fakt uszczęśliwienia kogoś nie liczy się bardziej od drogi, którą to szczęście osiągnięto? Co z tego, iż opiera się ona na kłamstwie, skoro efekt jest czynem szlachetnym? Siedemnastoletni umysł Julii gotował się od rozterek i braku możliwości spokojnego przeanalizowania problemu. Westchnęła, mając doskonale świadomość, że to dopiero wierzchołek góry lodowej.
Atmosfera rozluźniła się w momencie wejścia pozostałych kapłanów. Podczas gdy onieśmieloną Julię obsługiwali rośli młodzieńcy, którzy nie śmieli spojrzeć bogini w oczy, uściskom i gorącym powitaniom duchownych nie było końca. W radosnym gwarze przeplatały się szczere pozdrowienia, pytania o codzienność, o rodzinę czy przyjaciół. W pewnym momencie do uszu nastolatki dotarł także szloch, i jakież wielkie było jej zdziwienie, kiedy ujrzała wzruszoną kobiecinę, z całej siły ściskającą i łapczywie całującą Filipa Lor'ryn.
– Ty gałganie jeden! – krzyczała gospodyni przez łzy, nie przestając tulić młodego kapłana. – Mieszkać tak blisko, a własną matkę odwiedzać dopiero, jak bogini schodzi na ziemię!
– Myszko droga, nie przesadzajmy, był przeto zeszłego roku... – Pan domu próbował uspokoić małżonkę, sam jednak nie krył wzruszenia, zobaczywszy syna po długiej przerwie. Krępy, przewyższający rodziców co najmniej o głowę Filip poczerwieniał od zażenowania, niezgrabnie się tłumacząc i tylko co chwila zerkając, czy aby bogini nie widzi tego komicznego zajścia. Julia grzecznie udawała brak zainteresowania, choć z trudem powstrzymywała śmiech. To miejsce wręcz kipiało pozytywną energią, tak bardzo jej potrzebną po dwóch dniach ciągłego strachu i niepewności.


Młodą boginię posadzono oczywiście w centralnej części zarówno pomieszczenia, jak i ustawionych w kształt podkowy stołów. Bliskość paleniska zapewniała ciepło, lecz także pełnię blasku na jej zmęczonej twarzy i bladych licach. Biedne, pragnące umycia włosy, spływały nieciekawie po ramionach, a oczy błagały o sen – nikt jednak nie zdawał się zwracać uwagi na wątpliwą majestatyczność juliowej aparycji.
W czasie wybornej, choć znowu drobiowej kolacji, obowiązkowo rozpoczętej toastem czerwonego wina z kruczą krwią, traktowano ją niemal po królewsku: to podając kolejne dania, to podstawiając misę z wodą do opłukania rąk, to skrupulatnie wypełniając kielich. Mimo dużego skrępowania rada była, iż tym razem przypadła jej rola głównie obserwatorki i słuchaczki wieczoru. Nie musiała nawet zdawać relacji ze swojego „zniebozstąpienia”; kapłani prędko ją wyręczyli, wchodząc sobie entuzjastycznie w słowa oraz pięknie koloryzując całe zdarzenie. Gdyby nie była główną bohaterką historii, mogłaby przysiąc, iż faktycznie bogini Aeis zstąpiła na ziemie w pełni chwały.
W pewnym momencie do stołu przysiadło się ciche, zawstydzone dziewczę, o dwóch grubych, złotych warkoczach oraz piegowatej buzi. Tajemnicza istotka była mniej więcej w wieku Julii, chociaż wzrostem i sylwetką, niewątpliwie odziedziczonymi po rodzicach, mogła sprawiać wrażenie starszej. Ubrana była w spraną, zielonkawą sukienkę z długimi rękawami oraz czarny fartuch, które tylko dodawały jej skromności. Dotychczas albo przebywała z matką w kuchni, albo musiała przemieszczać się wśród gości niezauważalnie niczym kot. Młoda bogini ucieszyła się, widząc nareszcie drugą nastolatkę, lecz dzieliła je zbyt duża odległość, aby podjąć jakąkolwiek rozmowę bez zwracania na siebie uwagi – co bezwzględnie wywołałoby jeszcze większą krępację, i to u obu panien.
Do końca kolacji dziewczyna nie wypowiedziała ani słowa, co jakiś czas albo znikając za drzwiami kuchni i przynosząc nowe dania, albo doglądając zwierząt w oborze, to znów pomagając bratu w szukaniu lutni (której późniejsze brzdąkanie miało teoretycznie umilać bogini spożywanie posiłku), bądź siadając u wylotu stołu na ledwie kilka kęsów skromnych porcji, aby za moment raz jeszcze być wezwaną do pomocy. Julia wielokrotnie próbowała przywołać ją spojrzeniem i uśmiechnąć się do przyjaźnie wyglądającej twarzy rówieśniczki, jednak piegowata dziewczyna nie śmiała nawet podnieść wzroku. Biła z niej jakaś niezrozumiała melancholia i napięcie. Czyżby Ilma, jak na nią wołano, tak bardzo przeżywała odwiedziny bogini?
Mimo to ciepła, wręcz rodzinna atmosfera przy kolacji stanowiła spore zaskoczenie. Duchowni żartowali w najlepsze i byli zupełnie pozbawieni tego całego kościelnego patosu, który towarzyszył im w świątyni. Nawet Sergiusz, ten sceptyczny i wrogi światu cynik, zabawiał opowieściami brodatego gospodarza, jakby obaj stanowili parę dobrych znajomych, którzy wybrali się w piątkowy wieczór na piwo.
Czy ci ludzie faktycznie byliby w stanie pozbawić życia bezbronną nastolatkę, gdyby dowiedzieli się o jej kłamstwie?
– Daniel... – Julia szepnęła do chłopaka, wykorzystując chwilę jego uwagi oraz upewniając się, że stopień wesołości towarzystwa najwyraźniej osiągnął poziom, w którym radość z obecności bogini stała się ważniejsza od niej samej. Już od pewnego czasu wpatrywała się zafascynowana w ścianę na drugim końcu pomieszczenia. Tam bowiem, pomiędzy zwierzęcymi skórami, pod gęsto zwisającymi ziołami i tuż obok niewielkiej reprodukcji obrazka ze świętą Aeis, wisiało wielkie myśliwskie trofeum w postaci szarej od starości monstrualnej czaszki z dwoma długimi kłami w kształcie łuków. Szeroki, niepodzielony oczodół potwora martwo patrzył w pustkę, napełniając dziewczynę trwogą, lecz jednocześnie hipnotyzując.
– Daniel... Czy to jest... ee... – Wskazała niezgrabnie palcem.
– Tak, to jest czaszka mamuta – odparł beznamiętnie. Wyczuwszy jednak niedowierzanie i podekscytowanie Julii, dodał: – Też chciałbym zobaczyć żywego. Niestety – albo i stety – od lat nie widziano ich w Ardmorze.
– Wyginęły?
– Nie wiem, możliwe. Nikt tu nie prowadzi badań naukowych ani wykopalisk. – Wzruszył ramionami. Rzucił jej obojętne spojrzenie, po czym zwrócił się do siedzącego obok łysego kapłana z siwym wąsem i czerwonym od dobrego humoru nosem: – Bracie Alwinie, bądź łaskaw pochwalić się naszej pani oraz naszym drogim przyjaciołom swymi łowieckimi przygodami z ostatnich miesięcy. Najmilsza Aeis niewątpliwie chętnie wysłucha historii o tym, jak kruk zaprowadził cię na skraj lasu...


Nastolatka grzecznie uśmiechała się, kiedy brat Alwin zaczął snuć aż nadto długą opowieść tonem znudzonego gawędziarza, lecz nie mogła się w pełni skupić. Niepokoiło ją dziwne zachowanie Daniela, objawiające się od czasu, kiedy posłaniec na czarnym koniu przekazał wiadomość o znalezieniu inkarnacji Ageona.
Cała kapłańska ekspedycja łącznie z mułami stała jak porażona przez kilka długich sekund po usłyszeniu nowiny. Podziękowano wysłannikowi i odprawiono go dalej, do samej świątyni, pozostawiając w zupełnej nieświadomości obecności bogini w spotkanej właśnie grupie. Kiedy mężczyzna zniknął za horyzontem, spojrzenia duchownych zawisły na dziewczynie, oczekując reakcji. Julia, zszokowana jeszcze bardziej od towarzystwa, zdołała wykrzesać tajemnicze: „Zobaczymy, co z tego będzie”, samej nie wiedząc, co dokładnie ma na myśli, po czym wydukała najbardziej władczym tonem, na jaki mogła się zdobyć: „Ruszajmy dalej” i niecierpliwie oczekiwała kolejnej chwili samotności z Danielem.
Niepokój oraz niewiedza trwały aż do postoju przy skleconym z desek i obficie ośnieżonym znaku, pokazującym właściwy dla podróżnych kierunek: Bredon Mniejszy, niewielką wioskę, w okolicach której mieściła się kolejna świątynia kultu Aeis. Do tego czasu Daniel pozostawił Julię w towarzystwie wielkouchego kapłana, samemu znikając na przedzie kordonu. Wrócił do niej z nietęgą miną, podając jej owinięty w szmaty prowiant oraz skórzany bukłak z czymś, co mimo spodziewanej letniej, orzeźwiającej wody, okazało się miodem pitnym. Julia niemal nie zakrztusiła się po łapczywych haustach słodkiego alkoholu.
– Mogłeś mnie uprzedzić! – jęknęła z wyrzutem do chłopaka, który z nieobecnym spojrzeniem otrzepywał śnieg z ubrania. Momentalnie spoważniała. – Daniel, z tym Ageonem to tak na serio? Co się teraz stanie?
Oparła się plecami o pobliskie drzewo i bezwiednie spoglądała, jak pojono spragnione muły. Miło było nareszcie rozprostować nogi.
– Spokojnie – wymamrotał, nadal nie patrząc bezpośrednio na swoją rozmówczynię. Intensywnie myślał. – Na razie nie musisz się niczym przejmować. Kultyści Ageona już nie raz wyskakiwali ze swoimi pseudo-inkarnacjami bogów...
– To dlaczego tamten posłaniec był taki przejęty? Dlaczego kapłani tak się spięli? – przerwała mu stanowczo. Irytował ją udawany spokój Daniela, gdyż jedynie podsycał jej zdenerwowanie. – Nie powiesz przecież, że nic się nie dzieje. Od bodajże godziny wszyscy chodzą jak na szpilkach, a ja nie mam o niczym pojęcia. Jestem boginią, muszę wiedzieć, o co chodzi!
– Wcale nie musisz – odparł ostro chłopak, rzucając dziewczynie gniewne spojrzenie. – I przestań panikować. Nie jesteś boginią, nie masz pojęcia o tym świecie i, niech Aeis święta da, obyś przez najbliższe dwa miesiące nie musiała wiedzieć więcej. – Wziął kilka łyków ze swojego bukłaka. Widać było, jak wewnątrz się gotuje.
Julia również w środku cała buzowała i nie była to jedynie sprawka rozgrzewającego trunku. Jeszcze parę godzin wcześniej nosiła przekonanie, że ma jasny obraz sytuacji co do planów na najbliższe tygodnie, teraz zaś wszystko wymykało się spod kontroli. Najwyraźniej Daniel miał ten sam problem.
– Słuchaj – młodzieniec westchnął, przykładając dłoń do skroni. – Nie zdajesz sobie sprawy, że w ciągu paru dni już cały Ardmor, po najdalsze zachodnie granice, będzie wiedział o twoim powrocie? To nie jest przypadek, że akurat teraz sekta Muriena ogłosiła swoje „znalezisko”. Chcą odwrócić od ciebie uwagę i udowodnić prawdziwość własnych przepowiedni czy innych bzdur.
– Sekta Muriena?
– Największa aktywnie działająca grupa wyznawców Ageona. No i widzisz, stąd całe... poruszenie. – Śnieg skrzypiał pod powolnymi krokami chłopaka. Daniel podszedł do drzewa, o które opierała się Julia i zaczął bezwiednie bawić się wystającą gałęzią. – Oni dotychczas siedzieli cicho. Mieli te swoje rytualne spotkania, regularne msze i tak dalej, ale nie wychodzili przed szereg, podczas gdy masa mniejszych sekt co jakiś czas próbowała zaistnieć, obwieszczając nowe proroctwa, dogmaty czy właśnie własnych bogów.
– Czyli to całe udawanie inkarnacji... to normalka?
– No nie do końca. Nie chcesz wiedzieć, jak kończyli tamci oszuści. – Tu spojrzał na nią, lecz tym razem bez ironicznego uśmiechu. – Poza tym zdarzało się to relatywnie rzadko. Dobrych dwadzieścia lat nikt się nie odważył oficjalnie ogłosić przybycia boga. Po prostu z mojej perspektywy upływu czasu wygląda to nieco inaczej.
– Dlatego kapłani tak się poruszyli? Bo ci od Muriena nagle zabrali głos? – Daniel kiwnął głową na potwierdzenie. – A... dlaczego ta sekta jest taka ważna? Czym się różni od innych?
Młody arcykapłan zdawał się coraz bardziej poirytowany. Julia znowu wpadała w ten swój wir niekończących się pytań, który tak bardzo go drażnił. Dlaczego jednak nie chciał jej o wszystkim informować, tego nie mogła pojąć.
– Mają wśród członków ludzi z elit społecznych. Urzędników, kupców, magistrów. Ot, cały powód – rzekł z wyraźnym znudzeniem w głosie. – Dobra, to...
– A czy wśród kultów Aeis też są...
– Kurna, Julia, daj już spokój. Te sprawy cię nie dotyczą, odbywają się poza tobą i lepiej, abyś nie zaprzątała sobie nimi głowy. Ty masz się skupić na poznaniu obrzędów, tradycji i mitologii. Nie chcemy kolejnego Sergiusza, który złapie cię za słówka. Rozumiesz? – Chłopak nie podniósł głosu, lecz mówił szybko i sucho, jak rodzic, który karci dziecko, nie chcąc ściągać na siebie uwagi otoczenia. Julia była bardzo zła, ale wolała nie jątrzyć sprawy. Kłótnia i popsucie relacji z Danielem były ostatnimi rzeczami, na jakie miała ochotę. Zmarszczyła brwi.
– I tak, i nie, ale niech ci będzie – skwitowała naburmuszona.
Kolejne godziny minęły w zupełnej ciszy. Kordon świętej wyprawy podążał już po płaskiej drodze, po jednej stronie mając iglasty las, po drugiej zaś ośnieżone gołe pagórki, ciągnące się w dal aż do łańcuchów górskich. Gdzieniegdzie z daleka prześwitywały czernią pozostałości po dawnych, samotnych domostwach, w większości zrujnowanych do postaci zaledwie kilku spróchniałych desek, które niegdyś stanowiły ściany czy podłogi.
Julia z premedytacją milczała, co jakiś czas wymownie spoglądając na idącego obok niej Daniela. Oczywiście jej teatralny „foch” został kompletnie niezauważony, zresztą pewnie i tak nie miałaby z czym się odzywać. Kolejne pytania rozdrażniłyby jeszcze bardziej i tak już wzburzonego młodzieńca. Otrzymane odeń odpowiedzi oczywiście jej nie satysfakcjonowały. Młody arcykapłan krążył wokół tematu, zręcznie omijając kwestie, których nie chciał poruszać, a i Julia nie potrafiła zadać lepszych pytań. Była przekonana, że zatajono przed nią istotne informacje, a skoro już tak się stało – musi istnieć jakieś zagrożenie: dla planu wskrzeszenia kultu Aeis, bądź samej Julii.
Ta druga opcja napawała ją strachem, jeszcze większym niż domniemane wykrycie przez Sergiusza. Jakie jeszcze niebezpieczeństwa mogły czyhać za murem religijnej enklawy? Dziewczyna faktycznie nie znała realiów ani tym bardziej mrocznych zakamarków tego uniwersum. Już zdążyła przywyknąć do perspektywy odbycia czegoś w rodzaju trasy koncertowej dookoła świata, bezpiecznie i z całą obstawą, z drobną tylko różnicą, że dla boskiej piosenkarki Aeis światem byłby tutaj Ardmor, scenami poszczególne świątynie, a ekipą towarzyszącą – w większości starsi, nawiedzeni panowie. Ale ta myśl, jeszcze poprzedniego dnia paraliżująca, nie powodowała już u niej strachu; przynajmniej nie w obliczu obawy przed nieznanymi czynnikami z zewnątrz, takimi jak na przykład, nie daj Boże, rozdzieleniem z Danielem.
Na samo wyobrażenie owej sytuacji ogarnęła ją fala chłodu. Prawdopodobnie to był właśnie powód, dla którego młody arcykapłan wolał zachować część swojej wiedzy w sekrecie: aby za wszelką cenę uniknąć niepotrzebnej paniki u Julii, co samo w sobie poważnie zagroziłoby pewności siebie dziewczyny i całej misternej inscenizacji. Co z tego jednak, skoro idąc tym tokiem myślenia, ona i tak już zaczynała panikować? „Nie nakręcaj się, tylko się nie nakręcaj” – powtarzała sobie w duchu niczym mantrę, aby nie popaść w kolejną paranoję.
I dlaczego, do jasnej cholery, nie potrafiła normalnie porozmawiać z Danielem? Już przecież odpokutowała przed nim swoją głupotę, ceremonia powitania Aeis udała się perfekcyjnie i teraz to Julia spełniała życzenie młodzieńca, idąc z nim do stolicy i zamieniając się niemal w polityczny rekwizyt. Dlaczego wszelkie aspiracje do bycia asertywną wyparowywały w momencie wypowiedzenia kilku pierwszych słów w konwersacji z chłopakiem? W końcu mogłaby się nie zgodzić. Jako bogini mogłaby sama wyznaczyć cele pielgrzymki, mogłaby w ogóle pominąć świątynie i udać się do samych wiosek, mogłaby kazać zamknąć się w pokoju na te dwa przeklęte miesiące, mogłaby...
Julii aż dech zaparło od nagłego uświadomienia sobie możliwości. Ale wiedziała, że to jedynie złudne pragnienia, w końcu była tylko sobą, a nie prawdziwą boginią. Na pewno strzeliłaby niejedną gafę, straciła zimną krew i zdradziła się w najbardziej kluczowym momencie. Wkopałaby i siebie, i Daniela. Te wszystkie „mogłaby” bombardowały jej głowę, odbijając się głośnymi echami nigdy niepodjętych decyzji. Dlatego traciła grunt pod stopami podczas rozmowy z młodzieńcem. Strach przed konsekwencjami przyjęcia antagonistycznej postawy kazał jej zgadzać się ze wszystkim, co mówił młody arcykapłan.


Westchnęła, przewracając się na bok. Mimo niewyobrażalnego zmęczenia i boskiej miękkości łóżka, nie potrafiła odgonić drażniących myśli i usnąć. W dodatku po całodniowym siedzeniu na siodle nabawiła się nieprzyjemnych obtarć, które oczywiście teraz dawały o sobie piekąco znać.
Izba na poddaszu była niewielka i miała niski, spadzisty sufit, jednak stanowiła małą oazę samotności, za którą Julia bardzo się stęskniła. Na co dzień sypialnia małżeństwa gospodarzy, teraz przemieniła się w pokoik naprędce przygotowany pod ugoszczenie bogini. Zapas wody, czysty ręcznik, misy oraz inne środki do czynności higienicznych, nawet drewniana, grubo ciosana figura kruka ustawiona na jedynym w izbie stoliczku – prawie jak w hotelu! Bardzo skromnym hotelu, pomyślała Julia ironicznie, siląc się na żarty w celu poprawienia sobie humoru.
Na krzesełku naszykowano także lnianą koszulę nocną oraz workowate, grube coś, w czym rozpoznała sukienkę wyłącznie dzięki rękawom. Obie „kreacje” były mdłego szarobiałego koloru, a ubrań tej barwy w normalnych okolicznościach nastolatka nigdy by na siebie nie włożyła. Niemniej jednak stroje na zmianę, w dodatku pasujące do otaczających średniowiecznych klimatów, oraz – przede wszystkim – długie i nieprześwitujące, bardzo uradowały dziewczynę i dały nadzieję, iż może pobyt w Ardmorze będzie przynajmniej trochę prostszy.
Z dołu dobiegały jeszcze odgłosy krzątaniny, stukanie garami czy rozmowy najweselszych itieńskich duchownych, dla których, nawet mimo dnia pełnego podróży, noc była jeszcze zbyt młoda na sen. Czasem jakaś koza beknęła z obory, na co odpowiadały muły bądź biegający wokół gospodarstwa włochaty pies. Julia kręciła się pod pierzastą narzutą, wciąż nie mogąc zmrużyć oka. Nie pamiętała, kiedy ostatnio tyle zupełnie różnych myśli naraz dręczyło jej senny umysł. Obawy przed wykryciem, niesmak po konfrontacji z Danielem, strach przed zupełnie nowym zagrożeniem, no i te przeklęte, kłujące duszę wyrzuty sumienia.
Gdy kolacja w gospodzie dobiegała końca, rozgrzana winem oraz dobrym posiłkiem półprzytomna Julia została zaprowadzona przez Ilmę na poddasze. Przed opuszczeniem izby spojrzała raz jeszcze tęsknym wzrokiem na Daniela, lecz ten skutecznie to zignorował, zwracając się w tym momencie do jednego z synów gospodarzy. Sprawiał wrażenie, jakby próbował przez to powiedzieć: „Radź sobie sama”, co spowodowało u nastolatki powrót ostentacyjnego „focha”, oczywiście wiadomego jedynie dla niej samej.
– Tędy, najdroższa pani... – rzekła Ilma ledwie słyszalnym, wtapiającym się w dźwięki otoczenia głosem. Przeszły przez niewielki przedpokój do ciemnej komory chaty, wypełnionej przedmiotami gospodarczymi. Na ziemi leżało pełno starego, przydeptanego siana. Julia już była przekonana, że to właśnie będzie jej pokoik, i sama dziwiła się spokojowi, z jakim to przyjęła, kiedy Ilma zaczęła wchodzić po opartej o ścianę drabinie. Otwarła klapę w suficie i smuga pomarańczowego światła spłynęła na twarz młodej bogini. – Tutaj... – oświadczyła przytłumionym głosem, wyraźnie starając się zachować spokój.
Na górze paliły się świece i panował zaduch, toteż córka gospodarzy uchyliła prędko małe zaśniedziałe okienko i powiew ostrego, zimnego powietrza wypełnił izbę świeżością. Płomienie zaczęły tańczyć od podmuchów i cień Julii budował na ścianie groteskowe sylwetki. Ilma, dotychczas uciekająca przed wzrokiem nastolatki, spojrzała na nią po raz pierwszy w pełni i przeraziła się – zarówno własną śmiałością, jak i grą świateł, niewątpliwie dodającą bogini sztucznego majestatu. Odsunęła się odruchowo, potrącając ręką figurkę ptaka, która ze stukotem wylądowała na krześle, cudem omijając po drodze świecznik.
– Prz-przepraszam! – jęknęła dziewczyna, osiągając najwyższy poziom speszenia, jaki Julia mogła sobie tylko wyobrazić. Stała teraz zszokowana przed klęczącą przed nią złotowłosą rówieśniczką, desperacko próbując znaleźć odpowiednią reakcję na to przedstawienie. Zafascynowani kapłani to jedno, ale zatrwożona jej obecnością nastolatka to już sytuacja rodem z kiepskich seriali komediowych. – Najświętsza, raczy mi pani wybaczyć gapiostwo, jestem taka zdenerwowana!
– Umm, nic nie szkodzi – wybąkała Julia, poziomem swojej niezręczności powoli dorównując rozmówczyni. – Dziękuję za pokazanie mi, ee, pokoju.
Czerwona jak burak Ilma przeprosiła jeszcze kilka dobrych razy i zeszła do kuchni, aby przynieść wrzątek. Julia była zaskoczona własnym brakiem kontroli w sytuacji, w której na przykład Angelika – tak, znowu się do niej porównywała! – już dawno wsparłaby na duchu biedne dziewczątko i wzmogła w niej wiarę w siebie. Ona najwyraźniej całe życie wykonuje same polecenia, pomyślała z żalem i usiadła na łóżku.
Ilma wróciła po kilkunastu minutach z dzbanem gorącej wody. Nic nie mówiąc, podeszła do kąta pomieszczenia, w którym znajdowały się misy, nasypała do jednej z nich sporą kupkę ziół i zalała wrzątkiem. Otworzyła także naszykowany wcześniej ceramiczny słój i przełożyła z niego część żółtawej mazi do naparu, po czym wszystko dokładnie wymieszała.
– Pani... pozwól, że zajmę się twym ziemskim ciałem. – Na te słowa to Julia teraz zaświeciła czerwienią, robiąc wielkie oczy ze zdumienia. Uznała, że dwie speszone nastolatki w jednym pomieszczeniu to stanowczo za dużo, zatem, aby ulżyć dziewczynie (i sobie), odparła dziarsko:
– Och, nie trzeba, dziękuję, nie musisz się trudzić!
– Ale... – Ilma była mocno zaskoczona, zaniepokojona; wyraźnie nie miała pojęcia, jak odpowiedzieć.
– Naprawdę nie ma problemu, poradzę sobie sama! – kontynuowała bogini, święcie przekonana, że wyświadcza tamtej przysługę. Jakież wielkie było jej zdziwienie, kiedy ujrzała z trudem powstrzymywane łzy w oczach złotowłosej nastolatki, która niemal rzuciła się do wyjścia, uprzednio jeszcze bombardując uszy zrozpaczonej Julii tysiącami „przepraszam”.
Och, to miało wyglądać zupełnie inaczej! Pełna poczucia winy młoda bogini sama o mało się nie rozpłakała na myśl, że zupełnie nieświadomie upokorzyła biedną dziewczynę. Dopiero po fakcie dotarło do niej, że usługiwanie samej bogini to zapewne wielki zaszczyt i marzenie każdego religijnego śmiertelnika, i dlatego Ilma od samego początku tak się denerwowała. A ona, głupia uzurpatorka do nieprzysługującego jej tytułu, wszystko zaprzepaściła kilkoma nieprzemyślanymi słowami!
Niepewnie podeszła do misy pełnej aromatycznego naparu i długo zastanawiała się, co z nim począć. Już żałowała, że odprawiła Ilmę, chociaż myśl o byciu mytą przez obcą osobę nadal nie była zachęcająca. Obok wrzątku stał dzban z pozostałą gorącą wodą oraz druga misa z zimną. Postanowiła zrobić maksymalny użytek z mikstury i najpierw wypłukała sobie usta dla świeżości oddechu, następnie lekko się przemyła, a na samym końcu zanurzyła w wywarze włosy z przeświadczeniem, że wszystko teraz będzie dla nich lepsze niż kolejna noc bez mycia. Przeczesane i wytarte ręcznikiem od razu wyglądały lepiej, a w dodatku pachniały wyjątkowo rześko.
Tych kilka małych zabiegów oraz świeża nocna koszula wystarczyły, aby jej samopoczucie poprawiło się przynajmniej na chwilę. Wiedziała, że jest traktowana z wyjątkowymi względami, jednak poczuła ciepło w sercu na świadomość, że ktoś o niej pomyślał w tak błahych sprawach. Zgasiła świece i zanurzyła się w ciepłą, pachnącą dzieciństwem pościel. Po długich minutach wiercenia się w łóżku ostatecznie zmartwienia dały za wygraną w starciu ze zmęczeniem i dziewczyna usnęła.


Pierwszą część nocy spała dziwnym, twardym snem, który zdał się trwać tylko chwilę, jakby egzystowała w jakimś kuriozalnym limbo, spokojnie, ale i bez wypoczynku. Potem jednak nadeszły koszmary – pełne chaosu, strachu i krzyku. Wielka jak troje ludzi Aeis stała na końcu szpitalnego korytarza i, buchająca wściekłością, wskazywała palcem na próbującą schować się w którymś z pokoi Julię. Wszystkie drzwi były jednak zamknięte.
„Ta, co przywłaszczyła sobie moje imię! Ta, która pluje fałszem i bluźnierstwem!” - grzmiały echem gorzkie słowa bogini. „Zgiń, nieczysta, zgiń, niegodna!”
Dziewczyna czuła pod sobą każdy kolejny krok Aeis zbliżającej się w jej stronę. Powierzchnia podłogi zaczęła pękać pod stopami, aż wytworzyły się weń wielkie wyrwy i cały grunt zapadł się z korytarzem, pochłaniając Julię w nieprzeniknioną pustkę. Bogini obserwowała jej upadek z góry, sama wznoszona na potężnych kruczych skrzydłach. Nastolatka zdążyła jeszcze dostrzec przebijające duszę, pełne nienawiści spojrzenie srebrnych oczu, nim przerażona i oblana potem wylądowała na miękkim łóżku.
Przez pierwsze sekundy spanikowała, gdyż czuła się jak sparaliżowana. Z szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w delikatnie obrysowane błękitnym światłem deski spadzistego sufitu, za wszelką cenę próbując się ruszyć i złapać dech. Całe wieki trwało, nim odzyskała pełną kontrolę nad ciałem. Wciąż jeszcze czując zdrętwienie w dolnej części pleców, powoli uspokajała rozszalałe serce i odzyskiwała przytomność. „Aeis, Aeis” – imię bogini dudniło jej w głowie. Z przestrachem rozejrzała się po ciemnej izbie; była sama.
Co się działo? Czyżby Aeis faktycznie pojawiała się w jej snach? Czy naprawdę... chciała ją zabić? Ale czy to w ogóle możliwe? O ile dotychczas Julia śmiała wątpić w jakiekolwiek zagrożenie płynące z koszmarów sennych, to przeżyte właśnie traumatyczne doświadczenia rozpaliły w niej kolejny płomień strachu. Co, jeśli nie zdołałaby w porę złapać oddechu?
Nie potrafiła już zasnąć. Nie odważyła się. Chociaż w tym nieznanym świecie bogowie zdawali się bardziej realni niż gdziekolwiek indziej, istniała jeszcze szansa, iż te senne mary są po prostu niefortunną projekcją zakłopotanego ostatnimi wydarzeniami umysłu. Jednak w obliczu ciemności i głuchoty nocy marne to było pocieszenie.


Mijały minuty, a pewnie też godziny. Powoli świtało i nieśmiałe, szare światło zaczęło zaglądać do pokoiku na poddaszu. Zapowiadał się ponury, ciemny dzień. Może będzie padać, pomyślała Julia z nadzieją, przypomniawszy sobie słowa Daniela, z których wynikało, iż w razie śnieżycy zostaną w gospodzie jedną dobę dłużej. Po zmaganiach poprzedniego dnia najchętniej wylegiwałaby się w łóżku do popołudnia. Miała wrażenie, że to jeden z tych smętnych, jesiennych poniedziałków, kiedy szarówka za oknem skutecznie zniechęca do opuszczenia ciepłej pościeli i namawia do przedłużenia sobie weekendu. Zaraz jednak poczuła się trochę głupio, uświadamiając sobie, że ona jedna miała przynajmniej luksus spędzenia całej podróży siedząc, podczas gdy pozostali maszerowali na własnych nogach. Masakra – podsumowała w myślach.
Im robiło się jaśniej, tym większa wracała ochota na sen. Dochodzące z dołu przytłumione, sporadyczne odgłosy świadczyły o przebudzeniu przynajmniej jednego z gospodarzy oraz o próbach możliwie najcichszego poruszania się pomiędzy jeszcze śpiącymi i donośnie chrapiącymi kapłanami. W pewnym momencie kroki zaczęły zbliżać się do komórki, która znajdowała się pod poddaszem, a wraz z nimi cichy, słaby głosik nucący spokojną melodię dotarł do uszu Julii. Bezsłowna piosenka, przerywana odgłosami krzątaniny, miała w sobie coś magicznego i zarazem kojącego. Chwilami wydawała się dziwnie znajoma, ale nie sposób było z czymkolwiek ją skojarzyć, zwłaszcza przebywając w zupełnie obcym uniwersum, które przecież nie mogło mieć kontaktów z popularną muzyką juliowego świata. A jednak dałaby głowę, że gdzieś już słyszała niektóre fragmenty melodii.
Blado oświetlony pokoik bogini wypełniały to zanikające, to znów pojawiające się słodkie nuty wyśpiewywane przez sprzątającą na dole Ilmę. Izba wyglądała coraz przyjaźniej i strach związany z nocnymi koszmarami stopniowo mijał. Senne zmory nie mogą przecież straszyć przy świetle dnia, prawda?
Julia już przymykała oczy i powoli zaczynała się oddawać błogiej nieświadomości, gdy wtem usłyszała ciche rżenie, nieprzypominające jednak irytującego mulego rechotu, który tak dobrze poznała przez minioną dobę. Zaczęła nasłuchiwać. Dwa męskie, niezrozumiałe głosy, prowadziły dialog tuż, zdawało się, pod oknem izby. Momentalnie wyskoczyła z łóżka i ostrożnie podeszła do szyby tak, aby powoli wyjrzeć, samej pozostając niezauważalną.
Okno było brudne i wyglądało jak zasmolone, toteż musiała mocno wysilić wzrok, aby przez tę niemal matową warstwę dostrzec sylwetkę stojącego na drodze śniadego konia oraz jego jeźdźca szczelnie okrytego ciemnym płaszczem. Mężczyzna rozmawiał z również zakapturzonym, zwróconym plecami do Julii jegomościem. Musiał padać deszcz, bowiem powierzchnia skórzanej narzuty lśniła w szarym świetle poranka.
Człowiek na koniu zdawał się nie poruszać, natomiast jego rozmówca przestępował z nogi na nogę, co chwila oglądając się w bok, jakby nerwowo sprawdzał, czy nikt ich nie widzi. Julia nie potrafiła jednak rozpoznać jego tożsamości, gdyż nie dość, że okno było wystarczająco umorusane, to jeszcze od tkwienia twarzą przy szybie zaczęła się nań tworzyć mgiełka od oddechów i co chwila musiała ją ścierać.
Nagle stojący mężczyzna sięgnął do płaszcza, wyjął podłużny przedmiot w kształcie tuby i wręczył go jeźdźcowi. Powiedział jeszcze jakieś krótkie zdanie, po czym gestykulacją dał znać, aby tamten już się oddalił. Koń odszedł cichym stępem, a jegomość odwrócił się, zmierzając z powrotem w stronę chaty. Julia zastygła i skupiła wzrok, aby w ułamku sekundy wychwycić jego twarz. Długi nos, czarny zarost, ciemne oczy. To mógł być tylko Sergiusz.
Mężczyzna ominął główne wejście i szedł dalej, zapewne chcąc dostać się na tyły domu. Nastolatka zareagowała o moment za późno, gdyż schowawszy się szybko pod oknem, mogła przysiąc, iż spojrzenie Sergiusza spotkało się z jej własnym. Przeraziła się nie na żarty, chociaż po chwili zaczęła sobie uświadamiać, że przecież nie wykonywała żadnego czynu zakazanego. Bogini ma prawo wyglądać sobie przez okno. Z tą jednak różnicą, że bogini nie schowałaby się w panice podczas konfrontacji wzrokowej z własnym wyznawcą. Znów przeklęła pod nosem swoje dziecinne zachowanie.


Nagłe pukanie do klapy poddasza, choć bardzo delikatne, rozniosło się po pokoju i nastolatka aż podskoczyła. Nastąpiła głucha cisza.
– Słucham? – Julia rzekła słabo, cała już spanikowana. Doświadczona właśnie sytuacja kompletnie ją rozstroiła. Wzięła kilka głębokich oddechów, próbując się uspokoić.
– Najświętsza pani, czy czegoś ci potrzeba? – Ilma spytała nieśmiało, nie otwierając jednak klapy. Zapewne wciąż czuła zażenowanie incydentem poprzedniego wieczora i wolała nie wychodzić z inicjatywą. Julia zaś zwlekała z odpowiedzią. W głowie przewracały jej się setki różnych myśli i scenariuszy. Pragnęła w jakiś sposób zadośćuczynić dziewczynie swoje wcześniejsze faux pas, lecz zebranie się na odwagę było nie lada wyzwaniem. W końcu, możliwie bezszelestnie wstając i siadając na łóżku, postanowiła zrobić coś, co zaskoczyło zarówno Ilmę, jak i ją samą:
– Ilmo... wejdź tu na górę, proszę.
Dziewczyna grzecznie weszła do izby i stanęła ze spuszczoną głową w oczekiwaniu na kolejne polecenie. Piegowata buzia oczywiście czerwieniła się w najlepsze. Obrazek, który dopełniała ciemnoszara, wygnieciona i niemożliwie nudna sukienka, był tak żałosny, że Julia ze zdumieniem zaczęła się zastanawiać, czy sama nie wygląda podobnie w peszących ją sytuacjach. Kompletnie nie zdawała sobie z tego z sprawy.
– Jak wcześniej chodziłaś... To znaczy, ee, słyszałam cię... jak śpiewałaś. Słyszałam, jak sobie nuciłaś – zaczęła. To było trudniejsze, niż przypuszczała. Na dźwięk słów „słyszałam cię” Ilma wzdrygnęła się zszokowana i momentalnie popatrzyła pytająco swoimi jasnymi oczami. Julia starała się nie myśleć o tym, że tylko ona kieruje tą rozmową, inaczej natychmiast by się wycofała. Kontynuowała zatem:
– Bardzo mi się to podobało. Jaka to była piosenka?
– „Świt Aeis”, pani... – niepewnie odparła Ilma, rumieniąc się jeszcze bardziej, lecz na twarzy pojawił się cień uśmiechu. Nerwowo bawiła się palcami. – Moja ulubiona pieśń peri'mska. Babcia mnie nauczyła. Często ją śpiewała, kiedy byłam mała – powiedziała na jednym wydechu, po czym ponownie się speszyła i uciekła wzrokiem na podłogę. Julia zacisnęła usta. Ją babcia również nauczyła wielu piosenek, co prawda głównie głupiutkich dziecięcych rymowanek, jednak na to wspomnienie poczuła przyjemny dreszcz.
– Lubisz śpiewać?
– Och tak, pani, bardzo. Ale tak tylko dla siebie, po cichu...
– Masz bardzo ładny głos... – zaczęła Julia, uważnie obserwując onieśmieloną dziewczynę. – Czy... czy zaśpiewasz mi tę piosenkę teraz?
Zdziwiona Ilma odruchowo otworzyła usta. Nie dowierzając, popatrzyła na boginię ze strachem, lecz także z jakimś nowym rozbłyskiem w oczach.
– Ja... ja? Och, najświętsza, ależ ze mnie żadna śpiewaczka! Tylko ci się naprzykrzę, pani!
– Na pewno nie. Bardzo proszę – Julia odparła pełnym wymuszonego spokoju głosem. Bała się, że znowu zrobi coś nie tak i dziewczę raz jeszcze zaleje się łzami, toteż z niepokojem obserwowała jej reakcję. Jednak Ilma, mimo iż skromność nakazywała jej pokorę, najwyraźniej skrycie marzyła o takiej okazji. Z jednej strony onieśmielona prośbą i obecnością bogini, z drugiej nagle ożywiona i pałająca wewnętrzną energią. Julia obserwowała ją z zachwytem. Śpiewanie musiało stanowić integralną część jej życia.


Pierwsze nuty córka gospodarzy zanuciła sobie pod nosem, aby wejść w dobrą tonację. Zaczęła cicho, jakby w obawie przed brzmieniem własnego głosu, który był ciepły i bardzo dziewczęcy. Każdy kolejny wers jednak stawał się coraz to mocniejszy i coraz to bardziej czysty. Piosenka była spokojna, cudownie melodyjna i chociaż melancholijna, to przepełniała ją radość z życia i nadzieja na lepsze jutro.
W malutkim pokoiku na poddaszu nagle zapanowała magia. Dziewczęta wpatrywały się w siebie z obopólną, lecz przecież tak bardzo różną fascynacją, która na czas tych kilku minut zburzyła barierę formalności i wytworzyła między nimi tajemniczą więź i porozumienie. Julia nagle przestała być boginią, a Ilma prostą dziewką w smutnej, szarej sukience. W tym wyjątkowym momencie obie były po prostu zwykłymi nastolatkami, które w innych okolicznościach, światach czy czasach, na pewno stanowiłyby parę dobrych koleżanek, o ile nie najlepszych przyjaciółek. Julia była o tym przekonana, kiedy z zapartym tchem słuchała kolejnych słów piosenki, patrząc jak zaczarowana na rozśpiewaną Ilmę. To było cudowne uczucie.
I wtedy następował refren. Ponownie pojawiało się wrażenie, że ta melodia na pewno już kiedyś zabrzmiała w uszach młodej bogini. Lecz Julia nie głowiła się już nad tym, dając się ponieść ulotności chwili, która tym bardziej stawała się zaczarowana. Ilma śpiewała...


W kręgu łgarstwa, w mgłach obłudy,
Wśród pól zgnilizny i śmierci pełnych chmur,
Wśród zarazy, w czczych w dniach próby
Wschodzi ona: znad lasów, znad gór.


Aeis, rozświetlisz mroki dusz,
Skażone zamieciesz niczym kurz,
Aeis, rozgonisz kłęby burz,
W plugastwo, w fałsz podły wetkniesz nóż,
Aeis, błogosław swe dzieci już...

- Copyright © Aeis: Fałszywa Dusza ~~ opowiadanie fantasy - Powered by Blogger - Base theme designed by Johanes Djogan -